<

Robert Leroy Johnson zapisał się jako jeden z najwybitniejszych twórców w historii amerykańskiej muzyki bluesowej. A jego niewiarygodny talent (Keith Richards tak wspomina swoje pierwsze „zesłyszanie” z Johnsonem „Byłem pewien, że słyszę dwie gitary, zanim zorientowałem się, że Johnson gra sam. Słuchanie jego gry było dla mnie jak poznawanie Bacha. Grał na gitarze bardzo skomplikowane rzeczy, jednocześnie śpiewając. Ten gość miał chyba nadprzyrodzone zdolności!” ) przez wielu uważany jest za nadprzyrodzony, a nawet wiązany jest z pewną legendą. Legenda ta mówi o rzekomym zawarciu przez Johnsona paktu z diabłem., którego miał spotkać na rozdrożach Clarksdale. Pojawienie się tego mitu łączy się nie tylko z modą wśród czarnoskórych muzyków na tworzenie wokół siebie atmosfery tajemnicy (swoisty chwyt marketingowy stosowany przez wielu biednych, czarnoskórych muzyków), ale także z faktem, że pierwsze wystąpienia Johnosna raczej ujawniały jego znikome, a nie nadzwyczajne zdolności, gdyż dopiero po trwającej prawdopodobnie 2 lata ciszy, Johnson pojawił się znowu już umiejąc grać i to na najwyższym, wirtuozerskim  poziomie.

Pierwsze nagrania dla wytwórni rozpoczął w 1936 r., a jeden z jego pierwszych singli stał się znakiem rozpoznawczym dla jego brzmienia. Łącznie Johnson pozostawił po sobie 29 kawałków, a to już wystarczyło by pozostał kamieniem węgielnym dla nurtu Delta blues .Pomimo, tego że z pierwszą sławą spotkał się jeszcze za swojego życia (nie trwała ona długo, gdyż Johnson zmarł już w 1938 w wieku 27 lat, prawdopodobnie otruty przez zazdrosną dziewczynę, bądź przez zazdrosnego męża kobiety, do której muzyk się zalecał) to boom na jego twórczość miał miejsce w latach 60 wraz z wydaniem płyty „King Of The Delta Blues Singers”. O płycie tej Eric Clapton powiedział „Kiedy kupiłem płytę „King Of The Delta Blues Singers” i przeczytałem tytuły utworów na odwrocie, byłem w szoku. To nie były normalne tytuły piosenek. Każdy tytuł mówił o śmierci i unicestwieniu. Na tej płycie wypisany był jego koniec. Nieważne, czy muzyk zawarł pakt z diabłem, oszalał, został otruty czy po prostu zniknął. Czytanie tych tytułów było jak czytanie scenariusza do filmu, w którym on grał główną rolę.”, co czyni postać omawianego tutaj muzyka jeszcze bardziej tajemniczą i niesamowitą, jakby będącą spoza światów.

King of Delta Blues Singers

Płyta ta zawiera 16 utworów. W 2003 roku w rankingu Rolling Stones na 500 najlepszych płyt wszechczasów zajęła 27 miejsce. Płyta ta nie jest łatwa w odbiorze, o czym możemy przeczytać w artykule poświęconym Johnsonowi (
http://www.magazyngitarzysta.pl/ludzie/artykuly/1813-robert-johnson.html
) „Kiedy po raz pierwszy słucha się „King Of The Delta Blues Singers”, można się zniechęcić. To jest zupełnie inny blues: pełen pasji i ekspresji. Muzyka ta jest wyzwaniem, szczególnie w dzisiejszych czasach, kiedy blues został uładzony i zatracił swoją pierwotną energię. Pełen emocji śpiew oraz surowe brzmienie gitary nie każdemu przypadną do gustu.

King of Delta Blues Singers Vol. II
Druga płyta King of Delta Blues Singers Volume II, różni się tym od pierwszej, że nie jest to już klasyczny blues, ale można na niej usłyszeć zaczątki elektrycznego bluesa, a nawet brzmienia podpadające pod rock and rolla.
Kończąc- o geniuszu Roberta Johnsona świadczyć może również wpływ jaki jego muzyka wywarła na takich twórcach jak Eric Clapton, Rolling Stones, a nawet Red Hot Chili Peppers, co ci wyrazili poprzez covery jego utworów(„Stonesi” scoverowali „Love inVain”, Redhoci „They’re Red Hot”), bądź zostanie wiernymi fanami.

Na mnie, jak na razie największe wrażenie zrobił utwór Love in Vain, drugi z pierwszych jakie usłyszałam. Być może wrażenie to bierze swoje źródło stąd, że został mi puszczony w dzień mojej przeprowadzki do innego miasta, a może dlatego, że puściła mi go osoba, której zdanie na temat muzyki ma dla mnie duże, a wręcz ogromne znaczenie. Wracając do utworu to poziom mojego oczarowania osiągnął już chyba apogeum, bo podoba mi się w nim wszystko od brzmienia, poprzez tembr głosu, tempo, po sam tekst, który jest bardzo prosty i zbudowany na zasadzie powtórzeń- ale w swej prostocie niesamowicie, wręcz banalnie piękny (tekst poniżej). Z resztą czekając na pociąg, odprowadzana przez całą rodzinkę, ciągle rozbrzmiewał mi w głowie- nie odprowadzał mnie ukochany, ani zakochany we mnie bez pamięci, na próżno- a jednak tak się czułam. Z jednej strony pełna radości, bo prawie rok czekałam na ten dzień, a z drugiej rozdarta. Co prawda, to nie ja żegnałam pociąg, bo w odniesieniu do tekstu Love In Vain, nie byłam tą na zewnątrz, tą żegnającą, podążającą wzrokiem za ostatnimi wagonami, samotną nad torami, ale tą będącą wewnątrz, żegnającą peron, a jednak miałam w sobie emocje, jakie towarzyszą mi za każdym razem kiedy tego słucham, emocje empatyczne. O reszcie utworów z obu płyt nie jestem w stanie powiedzieć, jak na razie,  za dużo, na pewno warto je sobie przesłuchać, choć pierwsze ogólne wrażenie może nie być pozytywne, zwłaszcza dla tych osób, które nie gustują na co dzień w bluesie (należę do nich i ja). Dlatego też, polecam dawkowanie sobie tej twórczości, choćby po kawałku, czasem warto dać czemuś czas, bo możemy przeoczyć, coś autentycznego i pięknego.


Love in vain


Well I followed her to the station
With a suitcase in my hand
Yeah, I followed her to the station
With a suitcase in my hand
Whoa, it’s hard to tell, it’s hard to tell
When all your love’s in vain

When the train come in the station
I looked her in the eye
Well the train come in the station
And I looked her in the eye
Whoa, I felt so sad so lonesome
That I could not help but cry

When the train left the station
It had two lights on behind
Yeah, when the train left the station
It had two lights on behind
Whoa, the blue light was my baby
And the red light was my mind

All my love was in vain

All my love’s in vain


(Robert Johnson)