Dziś mam dzień smutasa. Za oknem słońce, zapach wiosny jest już wszechobecny i pomimo przedłużającego sie już o 3tyg. kataru, łaskawie zagnieździł sie w moim nosie. O wiosna! a ja zamiast skakać, zasłuchuję się w różnych smutnych piosenkach shoegazowych, ale nawet śpiewanie o niemocy, miłości, smutku nie do końca wpada w mój dołek. Dlatego hymnem na dziś został utwór Velvet Underground- Jesus- słowa tej piosenki, jakże wymowne, można by mi wsadzić w usta i nawet same by się śpiewały, nawet przy moim kulejącym angielskim (wszak tekst ma razem 3 różne wersy: Jesus, help me find my proper place; Jesus, help me find my proper place; Help me in my weakness; ‚cos I’m falling out of grace; Jesus, Jesus).

No bo właśnie! gdzie jest moje właściwe miejsce? Wszędzie mi niewygodnie: tu za ciasno, tam za przestrzennie, nieprzytulnie, tutaj nudno, tam za głośno, za brudno, za czysto- po prostu CHOLERNIE NIEwygodnie! Może mam nieforemne ciało, umysł, które nie chcą się wpasować w żadne miejsce, albo nie mogą. a może jak u Lou Reeda to słabość, mea thea! mojego bliżej nieokreślonego „ja”, które chce tak DUŻO (za dużo), ale za nic nie chce się do tego DUŻO przyłożyć. Dlatego od dziś śpiewam sobie- help me find my proper place, albo chociaż zmniejsz moje oczekiwania, albo ilość pomysłów- co do tego czego bym chciała. Jesus!