Duchota i szarość egzotyczna za oknem. Drzewa przybrały dziś strój niepokojącej, zmierzchowej, tajfunowej zieleni. Ewidentnie coś wisi w powietrzu, a spaść przeszkadza temu czemuś jedynie deszcz, obfity i nagły. Kasztanowce w tej całej tajemniczej poświacie wyglądają nader romantycznie, wichrowo sponiewierane, niewinne.
Tłem do obrazu za szklaną barierą jest płyta Grimes and dEon- Darkbloom. Bosko niepokojąca, zamaszysta, wypełniona po brzegi dźwiękami niezawsze przyjemnymi dla ucha. Dźwięki wdzierające, przedrzeźniające przyjemny – choć często urywany wokal, wchodzące pod skórę, wwiercające się pod czaszkę. Jedne irytujące do granic możliwości rozbrzmiewają powoli, by w momencie oczekiwanej kulminacji zostać zastąpione przez drugie- łagodne, pięknie delikatne, pozwalające na chwilę oddechu i miłe rozleniwienie. Tak samo jak z niektórymi utworami, tak i z całym krążkiem- płyta jest dwoista- męska i kobieca- i nie o płeć muzyki mi chodzi, tylko twórców. W sam raz na burzowo-letni nastrój wpisany w wiosenną aurę. Dwuznaczność w pełnym tego słowa znaczeniu.

Posłuchajcie sami:
Kobieta
Mężczyzna