substytutowo blog

    Twój nowy blog

    Od przeszło miesiąca czytam jedną książkę. To bardzo długo, zwłaszcza, że książka do grubych nie należy. Czytam ją tak długo, bo jakoś ta książka mnie przerasta. Sama nie wiem dlaczego, bo ani nie jest klasycznieciężka, ani, moim zdaniem, nie zawiera filozoficznietrudnegoprzesłania- a jednak czytam ją opornie przeciskając się przez strony. Nawet kartki są jakieś ciężkie, druk, moje palce nie dają rady tego unieść, moje powieki nie są w stanie nie ugiąć się pod czernią liter. Zwyczajnie po 3 stronach, albo rzucam ją na stół albo przechodzę w fazę marzeń sennych.

    A te marzenia senne- pod wpływem tej książki, inaczej być nie może- rozgrywają się zazwyczaj w autobusie, nawet podczas tych nocy, które następują po dniach, gdzie książka nie zawitała w moich dłoniach.

    Rozwiążmy tę całą enigmę- tytuł książki Nowe życie autor Pamuk, Orhan Pamuk. Sięgnęłam po nią- a bo wcześniejsze jego utwory (Śnieg, Nazywam się Czerwień) mnie urzekły, a zimno było, więc myślę sobie pojadę do Turcji, choćby i tam śnieżyło, to skojarzenia z Turcją mam jednoznaczne- ciepło, gorąco, a nawet parzy.I … no nie jest tak, że się rozczarowałam, ale nie mogę się od tej książki uwolnić- tzn. dokończyć jej- a jest ona niepokojąca, niezrozumiała, a z drugiej strony przekazuje emocje, które są mi strasznie bliskie, jakby moje. W pewnym sensie mam wrażenie, że Pamuk musiał ją pisać będąc w moim wieku, jakże się zdziwiłam kiedy sprawdzając, czy się nie mylę okazało się- iż miał ponad 40- jak to?!

    Ogólnie powieść ta mówi o książce, która wpływa na życie głównego bohatera, i nie tylko, że zmienia je zupełnie- ów nieszczęśnik pod jej wpływem wyrusza szukać nowego życia. Wyrusza, i bynajmniej nie porusza się pieszo tylko autobusem właśnie. I ja razem z nim co noc prawie, jakimś autobusem jadę, może nie przez całą fazę REM zwaną, ale przynajmniej jeden jej przystanek. I spotykam tam różnych ludzi z mojego życia, czasem się przed nimi ukrywam, czasem przed kimś uciekam, czasem kogoś szukam, a dziś z kimś jechałam. I bałam się, że on o czymś się dowie, że dowie się, że podjęłam decyzję, że już nie będę z nim jeźdźić autobusem- i bałam się, że jak mu nie powiem to prędzej czy później i tak zobaczy, że jeżdżę już z kimś innym.Ta osoba mi się często śni.Zwłaszcza kiedy zmniejsza się ilość myślenia o niej, a dzieje się tak z dnia na dzień. Najwyraźniej zamieszkała w meandrach mojej podświadomości, zobaczymy na jak długo…

    Ostatnio zaczęliśmy sobie oglądać How to make it in America, trochę z braku laku, a trochę dlatego,że gra tam KidCudi. A my go lubimy słuchać,no i jest ładniutki(ale to moje zdanie) i chcieliśmy go zobaczyć w innej nieśpiewającej roli. Poza tym okazało się, że odcinki są strasznie krótkie, ok. 20 minutowe,i świetnie wpisują się w nasze obrzędy kolacyjne.

    Jednak NIE o serialu chciałam tu pisać, ale skoro już zaczęłam to jest w porządku, lekki, o ludziach, którzy ciągle kombinują by mieć kasę i za dużo jej nie mają, i w zasadzie są takimi mini wykolejeńcami, mini- bo nie śpią pod mostem, jeden z nich nawet pracuje, ale żeby tak większe coś sobą reprezentować- to nie bardzo, co mnie pociesza, bo ja też nie bardzo.

    A pisać chciałam o kasie oczywiście. Co do tego ma serial? Ma do tego piosenkę na wstępie – I need a dollar- pod jej to wpływem, jadąc niedawno pociągiem (wiadomo jaki transport najczęściej wybieram- jeśli chodzi o dłuuugie trasy) w 15 minut wydałam 5 mln złotych. Oczywiście nigdy ich nie miałam, ale z racji tego, że dużo kasy nigdy nie mam(jak każdy) to sobie marzyłam, że ją mam. Zaczęłam od tego, że wygrywam 2 mln w totka i zaczynam rozdawać: najpierw sobie oczywiście- no to 2 tys. na basik, od razu wzmacniacz, aparacik na ząbki, co bym w końcu mogła się uśmiechać pełną gębą (na razie mój uśmiech parokrotnie został oskarżony o szyderstwo- a ja tak się uśmiecham po prostu, nie zawsze szyderczo), w sumie jakieś mieszkanie by się przydało, więc samo kupno jakieś pół miliona, a do tego mebelki- oczywście postawiłabym na ikeę (na samą myśl o ich kupowaniu jest mi słabo, chodzenie, wybieranie- strach pomyśleć, co by się ze mną działo- jakieś napady histerii i euforii na zmianę); później on- no to jakiś samochodzik (tak ze 150 tys. by się wydało), gramofon, płytki, co by je sobie mógł skreczować… I w tym momencie dochodzę do wniosku, że dwa miliony to stanowczo za mało!!! bo na lokatę zostałby pewnie tysiąc. No bo przecież jak się wygrało 2, to dostaje się trochę mniej- bo podatek sobie nożyczkami odcina kupony). Więc kombinuję i zmieniam zdanie, wygrywam 3, albo nie, 4- no to staje na 5. No bo E. ma ślub i wesele, i tak by można z 250 tys. odpalić w ramach prezentu ślubnego; wtedy zostaje jeszcze ktoś- a tego nie wydam, bo ciągle liczę, na to, że wygram i moja niespodzianka spali na panewce (a to jest cholernie arcyciekawy plan, nawet jest w jednym z punktów tego planu- kwestia: Jak mnie wyrolujecie, to już ja was załatwię w końcu stać mnie na to!), więc żałujcie, że nie mogę go wydać całego. Później zostaje rodzinka, więc jakieś 100 tys. dla jednej siostry, drugie dla drugiej, może trochę więcej, i jakaś sumka na domek dla rodziców- albo działeczkę – myślę, że z 400 tys. starczy. Reszta na lokatę i jakąś podróż- albo i bez podróży- w każdym razie super. Supersuper, gorzej jak się człowiek z tego wszystkiego ocknie i tak po kilku minutach wróci mu pamięć, że nic z tego nie ma, a radość z posiadania już była wielka jak ten brud w PKP…,/p>

    Ale skoro znacie już moją historię to posłuchajcie sobie utworu i odpalcie dollara choćby na kupon.

    A w sumie teraz tak sobie myślę, że jakbym wygrała choćby milion- to tyle byście słyszeli o mnie- zwiałabym gdziekolwiek.

     

    Zabierałam się za ten wpis już tydzień temu- wpis o kasie i jej braku i potrzebie jej posiadania- tyle się za niego zbierałam, że dziś mi się śniła kasa- 30 tys. niezła sumka, która w zupełności by mi wystarczyła, jeśli chodzi o moje teraźniejsze zachcianki, a nawet trochę by zostało.Tyle, że ja w tym śnie nie chciałam przyjąć tej kasy, co może się wydawać trochę dziwne, zważywszy na to, że kasa nie pochodziła z kradzieży, tylko z jakiejś loterii, w której wygrała moja mama- może nawet był to totoloteknaszkochany, ale głowy nie dam.

    deep

    Brak komentarzy

    chciałam zacząć od czasami, a powinno być często- często nie umiemy czegoś nazwać, bardzo często rzeczy albo uczuć, które są banalnie łatwe do nazwania. łatwe do nazwania, trudne do wypowiedzenia, więc nienazywalne, niewyrażalne. Niektórzy potrafią, np. ona:

    „For you”

    No words to say
    No words to convey
    This feeling inside I have for you

    Deep in my heart
    Safe from the guards
    Of intellect and reason
    Leaving me at a loss
    For words to express my feelings

    Deep in my heart
    Deep in my heart
    Look at me losing control
    Thinking I had a hold
    But with feelings this strong
    I’m no longer the master
    Of my emotions

    Tracy Chapman dzisiaj moja mistrzyni słowa- mój dip dla myśli

    joy- anty

    Brak komentarzy

    Dziś albo wczoraj albo miesiąc temu, albo już dwa- nie za górami, ani za lasami tylko gdzieś pod skórą, między żebrami, albo pod czaszką, albo w neuronach- coś mnie rozerwało- i siedzi mi w głowie kawałek co rozrywa, ale więcej niż jedną mnie- joy division byłe warsaw w warszawie – i ja jestem już w kawałku kawałka tego w każdej wersji usłyszanej- so Love i apart


    Dostałam dziś mmsa od mojej najlepszejfriendsy ze zdjątkiem jej Dzidzi- jeszcze takiej z brzuszka:) I ta debeścialska piszę, że pewnie nic nie zobaczę, bo zdjęcie niewyraźne, ale że Dzidzia ma już 13 tyg. i 69 mm, i widziała wraz ze swoim lubym jak ta Dzidzia się drapała po główce i łapała za nóżki(?) Faktycznie nic nie widzę, a ponieważ moja wiedza na temat maleńkich maleństw i ich rozwoju w brzuszku jest nieistniejąca to zaczęłam podejrzewać, że to z drapaniem i łapaniem nóżek to żart.

    Wysłałam to zdjęcie mojej mamie, no bo to w końcu Potomek(Potomkini) mojej przyjaciółki- i piszę, że nic pewnie nie zobaczysz, ale że to Dzidzia E.- i co dostaję w odpowiedzi?:Ojej ale fajna:)

    WTF?

    Więc nie czekając i nie starając się o uzyskanie odpowiedzi dlaczego inni widzą a ja nie, i czy 69 mm człowieczek może się drapać i dotykać stóp- uciekam się edukować, jak na razie przy pomocy googli:P

    House

    Brak komentarzy


    Lubię House’a. Może nie jak większość moich znajomych, którzy śledzą odcinek za odcinkiem, serię za serią, ale lubię i czasem oglądam. I w czwartek też oglądałam. Jeden odcinek. Nie wiem jakiej serii, bo nie przeszkadza mi oglądanie House’a i zgraji (a przede wszystkim Wilsona do, którego mam słabość podobną do tej Hanksowskiej w CastAway do jego Wilsona)nie w ciągu, bez porządku, bo jakoś wszystko da się dopowiedzieć,dowyobrazić, domyślić… A i taa na końcu wyjdzie, że przez dowyobrażenia i domysły wyszedł mi zupełnie inny serial:)


    Odcinek był pełen vicodinu i  pięknychpańnieznośnielekkichobyczajów, oczywiście był przypadek – ciekawy przypadek medyczny, piękny byk,podsmażanie wnętrzności, łamanie mięśnia sercowego dosłownie i w przenośni, i zderzenie rzeczywistości z oczekiwaniami- jakże okrutne!, kąpiel w basenie i trochę młodych, co piją jak drużyna wygrywa a jak przegrywa to podwójnie, ale co najważniejsze była też piosenka…


    Sama nie wiem, czy porwała mnie sama melodia, tekst czy dopasowanie ze sceną, ta piękna kompatybilność obrazowo-muzyczna czy stan głowy (bo jak wiem sama o sobie o głowę tutaj chodzi, bo „przeszkoda to twoja głowa, taka jest ma mowa„)? No bo czyż głowa nie jest częścią ciała? a nawiązując do tytułu songu, o którym mowa My body is a cage- tak od razu odczułam, że my body też a raczej head:), co z dalszym tekstem niewiele ma wspólnego jeśli chodzi o moje w nim odnajdywanie, to może budząca się pod jego wpływem chęć posiadania mężczyzny, co miałby klucz w mindzie do mojej head, albo żeby mój luby w końcu go odnalazł, gdzieś pomiędzy pracą fejsem i demotami (od których na samą myśl robi mi się słabo:/). Choć może nie znajduję w nim więcej siebie, bo to za trudne, bo jakoś podświadomie czuję, bo za tą żelazną kurtyną w moim mózgu jakby coś pukało i wołało, że coś tam jeszcze jest!- to pragnienie Set my spirit free, i head też!! No i trudno przyznać, że moje serce zwolniło, choć zdaje się, że w tym tekście nie chodzi o to, o co mi(intuicja mi mówi), bo jest tam „I’m living in an age, Whose name I don’t know, Though the fear keeps me moving, Still my heart beats so slow„, a ja nie wiem o jaki age chodzi. Ale nie pisalam nowej matury, więc interpretuję pod swój klucz, a nie ME. Więc serce mi zwolniło, a powinno przyspieszyć i tańczyć, i skakać, i z zawału przechodzić do palpitacji, i zapaści (pewnie mylę te wszystkie stany). A tu co? a tu head;/ psuj jeden.


    Wracając do My cage is a body; to za serce złapał mnie cover, a nie pierwotna wersja, którą jak się później okazało, słyszałam nie raz, ale nie skojarzyłam, choć cover nie jest aż tak odjechaną wersją od oryginału, a nawet przejawia cechy atawistyczne. Peter Gabriel – jest tym, który coveruje. Arcade Fire – tymi co napisali numer (płyta „Neon Bible„). Odsłuchując obie te wersje, nie mogę oprzeć się wrażeniu, że to piosenka Tego, co śpiewał, że by się nie giwapować. Jego głos, jego interpretacja, aranżacja utworu- wszystko jest tak spójne, harmonijny(choć o harmonii to pojęcie mam czysto wrażeniowe), nierozerwalne, namacalne, że wersja pochodzących od pijących syrop klonowy na mnie nie działa. Owszem tekst jest kluczowy i jest ich- gratulacje, budowa utworu, zmiana napięcia też ich, ale jakieś to wykonanie takie miałkie, metłe – bo jak czegoś brakuje to soli- za dużo syropu. Na szczęście exgenesisowiec sól miał, i jak na twórcę zespołu o takiej nazwie, wszystko pięknie stworzył. Mam nieodpartą pokusę by napisać, że tą solą są instrumenty smyczkowe.

    A tutaj proszę tekst:
    My Body Is A Cage

    My body is a cage that keeps me
    From dancing with the one I love
    But my mind holds the key

    My body is a cage that keeps me
    From dancing with the one I love
    But my mind holds the key
     
    I’m standing on a stage
    Of fear and self-doubt
    It’s a hollow play
    But they’ll clap anyway

    My body is a cage that keeps me
    From dancing with the one I love
    But my mind holds the key

    You’re standing next to me
    My mind holds the key I’m living in an age
    That calls darkness light
    Though my language is dead
    Still the shapes fill my head

    I’m living in an age
    Whose name I don’t know
    Though the fear keeps me moving
    Still my heart beats so slow

    My body is a cage that keeps me
    From dancing with the one I love
    But my mind holds the key
    You’re standing next to me
    My mind holds the key

    My body is a

    My body is a cage
    We take what we’re given
    Just because you’ve forgotten
    That don’t mean you’re forgiven

    I’m living in an age
    That screams my name at night
    But when I get to the doorway
    There’s no one in sight

    My body is a cage that keeps me
    From dancing with the one I love
    But my mind holds the key
    You’re standing next to me
    My mind holds the key

    Set my spirit free
    Set my spirit free
    Set my body free
    (Arcade Fire)



    I dwie wersje jednego kawałka w słusznej kolejności


    Jesus

    Brak komentarzy

    Dziś mam dzień smutasa. Za oknem słońce, zapach wiosny jest już wszechobecny i pomimo przedłużającego sie już o 3tyg. kataru, łaskawie zagnieździł sie w moim nosie. O wiosna! a ja zamiast skakać, zasłuchuję się w różnych smutnych piosenkach shoegazowych, ale nawet śpiewanie o niemocy, miłości, smutku nie do końca wpada w mój dołek. Dlatego hymnem na dziś został utwór Velvet Underground- Jesus- słowa tej piosenki, jakże wymowne, można by mi wsadzić w usta i nawet same by się śpiewały, nawet przy moim kulejącym angielskim (wszak tekst ma razem 3 różne wersy: Jesus, help me find my proper place; Jesus, help me find my proper place; Help me in my weakness; ‚cos I’m falling out of grace; Jesus, Jesus).

    No bo właśnie! gdzie jest moje właściwe miejsce? Wszędzie mi niewygodnie: tu za ciasno, tam za przestrzennie, nieprzytulnie, tutaj nudno, tam za głośno, za brudno, za czysto- po prostu CHOLERNIE NIEwygodnie! Może mam nieforemne ciało, umysł, które nie chcą się wpasować w żadne miejsce, albo nie mogą. a może jak u Lou Reeda to słabość, mea thea! mojego bliżej nieokreślonego „ja”, które chce tak DUŻO (za dużo), ale za nic nie chce się do tego DUŻO przyłożyć. Dlatego od dziś śpiewam sobie- help me find my proper place, albo chociaż zmniejsz moje oczekiwania, albo ilość pomysłów- co do tego czego bym chciała. Jesus!




    <

    Robert Leroy Johnson zapisał się jako jeden z najwybitniejszych twórców w historii amerykańskiej muzyki bluesowej. A jego niewiarygodny talent (Keith Richards tak wspomina swoje pierwsze „zesłyszanie” z Johnsonem „Byłem pewien, że słyszę dwie gitary, zanim zorientowałem się, że Johnson gra sam. Słuchanie jego gry było dla mnie jak poznawanie Bacha. Grał na gitarze bardzo skomplikowane rzeczy, jednocześnie śpiewając. Ten gość miał chyba nadprzyrodzone zdolności!” ) przez wielu uważany jest za nadprzyrodzony, a nawet wiązany jest z pewną legendą. Legenda ta mówi o rzekomym zawarciu przez Johnsona paktu z diabłem., którego miał spotkać na rozdrożach Clarksdale. Pojawienie się tego mitu łączy się nie tylko z modą wśród czarnoskórych muzyków na tworzenie wokół siebie atmosfery tajemnicy (swoisty chwyt marketingowy stosowany przez wielu biednych, czarnoskórych muzyków), ale także z faktem, że pierwsze wystąpienia Johnosna raczej ujawniały jego znikome, a nie nadzwyczajne zdolności, gdyż dopiero po trwającej prawdopodobnie 2 lata ciszy, Johnson pojawił się znowu już umiejąc grać i to na najwyższym, wirtuozerskim  poziomie.

    Pierwsze nagrania dla wytwórni rozpoczął w 1936 r., a jeden z jego pierwszych singli stał się znakiem rozpoznawczym dla jego brzmienia. Łącznie Johnson pozostawił po sobie 29 kawałków, a to już wystarczyło by pozostał kamieniem węgielnym dla nurtu Delta blues .Pomimo, tego że z pierwszą sławą spotkał się jeszcze za swojego życia (nie trwała ona długo, gdyż Johnson zmarł już w 1938 w wieku 27 lat, prawdopodobnie otruty przez zazdrosną dziewczynę, bądź przez zazdrosnego męża kobiety, do której muzyk się zalecał) to boom na jego twórczość miał miejsce w latach 60 wraz z wydaniem płyty „King Of The Delta Blues Singers”. O płycie tej Eric Clapton powiedział „Kiedy kupiłem płytę „King Of The Delta Blues Singers” i przeczytałem tytuły utworów na odwrocie, byłem w szoku. To nie były normalne tytuły piosenek. Każdy tytuł mówił o śmierci i unicestwieniu. Na tej płycie wypisany był jego koniec. Nieważne, czy muzyk zawarł pakt z diabłem, oszalał, został otruty czy po prostu zniknął. Czytanie tych tytułów było jak czytanie scenariusza do filmu, w którym on grał główną rolę.”, co czyni postać omawianego tutaj muzyka jeszcze bardziej tajemniczą i niesamowitą, jakby będącą spoza światów.

    King of Delta Blues Singers

    Płyta ta zawiera 16 utworów. W 2003 roku w rankingu Rolling Stones na 500 najlepszych płyt wszechczasów zajęła 27 miejsce. Płyta ta nie jest łatwa w odbiorze, o czym możemy przeczytać w artykule poświęconym Johnsonowi (
    http://www.magazyngitarzysta.pl/ludzie/artykuly/1813-robert-johnson.html
    ) „Kiedy po raz pierwszy słucha się „King Of The Delta Blues Singers”, można się zniechęcić. To jest zupełnie inny blues: pełen pasji i ekspresji. Muzyka ta jest wyzwaniem, szczególnie w dzisiejszych czasach, kiedy blues został uładzony i zatracił swoją pierwotną energię. Pełen emocji śpiew oraz surowe brzmienie gitary nie każdemu przypadną do gustu.

    King of Delta Blues Singers Vol. II
    Druga płyta King of Delta Blues Singers Volume II, różni się tym od pierwszej, że nie jest to już klasyczny blues, ale można na niej usłyszeć zaczątki elektrycznego bluesa, a nawet brzmienia podpadające pod rock and rolla.
    Kończąc- o geniuszu Roberta Johnsona świadczyć może również wpływ jaki jego muzyka wywarła na takich twórcach jak Eric Clapton, Rolling Stones, a nawet Red Hot Chili Peppers, co ci wyrazili poprzez covery jego utworów(„Stonesi” scoverowali „Love inVain”, Redhoci „They’re Red Hot”), bądź zostanie wiernymi fanami.

    Na mnie, jak na razie największe wrażenie zrobił utwór Love in Vain, drugi z pierwszych jakie usłyszałam. Być może wrażenie to bierze swoje źródło stąd, że został mi puszczony w dzień mojej przeprowadzki do innego miasta, a może dlatego, że puściła mi go osoba, której zdanie na temat muzyki ma dla mnie duże, a wręcz ogromne znaczenie. Wracając do utworu to poziom mojego oczarowania osiągnął już chyba apogeum, bo podoba mi się w nim wszystko od brzmienia, poprzez tembr głosu, tempo, po sam tekst, który jest bardzo prosty i zbudowany na zasadzie powtórzeń- ale w swej prostocie niesamowicie, wręcz banalnie piękny (tekst poniżej). Z resztą czekając na pociąg, odprowadzana przez całą rodzinkę, ciągle rozbrzmiewał mi w głowie- nie odprowadzał mnie ukochany, ani zakochany we mnie bez pamięci, na próżno- a jednak tak się czułam. Z jednej strony pełna radości, bo prawie rok czekałam na ten dzień, a z drugiej rozdarta. Co prawda, to nie ja żegnałam pociąg, bo w odniesieniu do tekstu Love In Vain, nie byłam tą na zewnątrz, tą żegnającą, podążającą wzrokiem za ostatnimi wagonami, samotną nad torami, ale tą będącą wewnątrz, żegnającą peron, a jednak miałam w sobie emocje, jakie towarzyszą mi za każdym razem kiedy tego słucham, emocje empatyczne. O reszcie utworów z obu płyt nie jestem w stanie powiedzieć, jak na razie,  za dużo, na pewno warto je sobie przesłuchać, choć pierwsze ogólne wrażenie może nie być pozytywne, zwłaszcza dla tych osób, które nie gustują na co dzień w bluesie (należę do nich i ja). Dlatego też, polecam dawkowanie sobie tej twórczości, choćby po kawałku, czasem warto dać czemuś czas, bo możemy przeoczyć, coś autentycznego i pięknego.


    Love in vain


    Well I followed her to the station
    With a suitcase in my hand
    Yeah, I followed her to the station
    With a suitcase in my hand
    Whoa, it’s hard to tell, it’s hard to tell
    When all your love’s in vain

    When the train come in the station
    I looked her in the eye
    Well the train come in the station
    And I looked her in the eye
    Whoa, I felt so sad so lonesome
    That I could not help but cry

    When the train left the station
    It had two lights on behind
    Yeah, when the train left the station
    It had two lights on behind
    Whoa, the blue light was my baby
    And the red light was my mind

    All my love was in vain

    All my love’s in vain


    (Robert Johnson)

     

    Mam podwójną pamięc. Odkrywa się głównie pod wpływem dźwięków, melodii, soudntracków z filmów- czasami wywołują ją na powierzchnię zapachy, obrazy, twarze nieznajomych, powiew wiatru. Przychodzą mi wtedy do głowy inne wspomnienia, nie moje, jakby z innej głowy, z szuflady z pamięcią kogoś innego,ze snu ludzi mijanych na ulicy. Przez te obrazy budzą się we mnie jakby obce uczucia, strasznie przeszywające, wręcz wstrząsające ciałem, wszyskimi wnętrznościami. Ciągle mi przez te „cudze”, zmyślone wspomnienia czegoś mało, ciągle za czymś tęsknię, ciągle coś mnie woła… a później urywa się dźwięk, kończy piosenka, ulatnia zapach i zostaję sama z tym dziwnym, niewygodnym uczuciem


    • RSS