substytutowo blog

    Twój nowy blog

    Sięgnęłam po tę książkę dopiero teraz, choć mam ją w swoim posiadaniu już ponad rok. Pewnie stało się to pod wpływem niedawno obchodzonej rocznicy Powstania Warszawskiego.
    Są to zapisane wspomnienia Marka Edelmana, zarówno z życia w getcie, jak i czasów z przed wojny. Jak wskazuje tytuł- zawarte są w niej także historii miłości, a raczej strzępki tych historii- bardzo subiektywny przekaz. To co mnie ujęło, oprócz całości, to fragment wystąpienia Marka Edelmana, który tutaj przytoczę:”Pozwalamy, żeby na ulicach miast demokratycznych krajów, odbywały się parady nienawiści i nietolerancji. To zły znak. I to nie jest demokracja, bo demokracja nie polega na przyzwoleniu na zło, nawet najmniejsze, bo ono może nie wiadomo kiedy urosnąć. Musimy uczyć w szkołach, przedszkolach, na uniwersytetach, że nienawiść jest złem i że miłość jest obowiązkiem. Musimu walczyć ze złem tak, żeby ten, który czyni zło, zrozumiał, że nie będzie dla niego litości” (I była miłość w getcie, Marek Edelman, s.25-26)
    To bardzo mocne i prawdziwe słowa. Ostatnio czytając wypowiedzi ludzi na forum, pod wydarzeniami londyńskimi, strasznie dotknęła mnie ta nienawiść, zawarta w prawie każdej wypowiedzi. Staram się do tych komentarzy podchodzić z rezerwą, ale chyba tak nie umiem.W każdym razie tak sobie pomyślałam, czytając tę książkę, ten przytoczony przeze mnie fragment, że ludzie bardzo łatwo nienawidzą, wszystko wrzucając do jednej kupy. Że jak zobaczyli paru „czarnych” na zdjęciach z zamieszek, to ich trzeba wydalić, bo to oni są niecywilizowani; że skoro w Londynie mieszka dużo Islamistów, tak to ich trzeba wywieźć z powrotem na pustynię; szkoda, że nikt nie zauważył, że na większości zdjęć przeważają twarze- białych. Nie chcę tutaj rozpisywać się jaka jest faktyczna przyczyna zamieszek, bo przecież nie wiem do końca, sądzę tylko, że nie jest to kwestia wielokulturowości samej w sobie, bo ona istniała wcześniej.
    Trochę to wszystko nie trzyma się kupy, pisząc zdążyłam się już rozkojarzyć, ale jakiś sens mojej myśli da się z tego wyciągnąć, chciałam dodać coś jeszcze, ale to może później, jak przemyślę.

    dnixero

    Brak komentarzy

    Każdy kolejny dzień jest taki sam. Jakbym utknęła na ruchomej taśmie kręcącej się w kółko, która tylko od czasu do czasu przyspiesza. Jestem wpisana w jeden grafik, pobudka, praca, sprzatanie, czytanie, spanie i od nowa. Nawet jak dołącze do tego coś nowego, nie zmienia to uczucia stałości. Może właśnie na tym polega stabilizacja?  Na biegu po wytyczonej trasie…
    Jest głucho, jakbym nic nie słyszała, może zatraciłam się w biegu, przestałam się zastanawiać, nazywać rzeczy po imieniu, określać siebie, marzyć o wielkich rzeczach.
    Wszystko jest takie samo, głuche i stabilne – a mi się marzy święty spokój

    „All the very best of us,

    string ourselves up for love”

    - cytat z innej beczki, strasznie mi się podoba, a jest to kawałek tekstu
    The National „Vanderlyle Crybaby Geeks”

    Pustka

    Brak komentarzy

    Nasza współlokatorka na koniec lipca wyjechała do Włoch, miała już wrócić. Niestety po drodze mieli wypadek, na szczęście nikt nie zginął, ale i tak w naszym mieszkaniu zieje pustką z jej pokoju. Jakby świadomość tego, że leży w szpitalu i długo nie będzie mogła chodzić wpłynęło na ten pokój, jego aurę.
    Ona nie jest tylko nasza współlokatorką, jest kimś więcej, jest pełna życia i nadaje naszemu mieszkaniu jaśniejsze barwy. To ona ma power, który udziela się nam wszystkim i teraz jeszcze bardziej nam jej brak. Jak była na wakacjach to tęskniliśmy za nią, wiedząc, ze już lada moment wróci. A teraz wiemy tyle, że leży w szpitalu w Niemczech, w jakiejś miejscowości, że ma nogę złamaną w trzech miejscach i krwiaka na mózgu. Czeka ją operacja i ciężka rehabilitacja:/ A my nawet nie możemy jej odwiedzić. Dodać otuchy bardziej niż tylko słowami w smsach- chociaż ona ma siły więcej niż my wszyscy razem wzięci.
    Mogło być gorzej, gdyby nie karetka, która przyjechała po 3 minutach- wykrwawiłaby się na śmierć, a tak ciągle jest. I znając ją, pewnie niedługo będzie biegać, w koncu jej nic nie zniszczy:) mamy na to swoje dowody, a to jest kolejny przeważający wszystko.

    A pierwsze pytanie naszej Aparatki po wybudzeniu ze śpiączki: Co z prezentami dla moich współlokatorów?

    W planach było m.in. sporządzenie notatki na temat soundtracku do Once, który uwielbiam oraz jedna notka na temat Spirited away. Niestety albo stety mój współlokator, w końcu!!!, przeczytał drugą część Gry o tron. I odkąd wystartowałam z czytaniem, po pracy nie  ma mnie dla nikogo i dla niczego, bo w każdym wolnym momencie biorę udział w ścieraniu kolejnych stron.
    II Tom jest o wiele lepszy od pierwszego, co prawda przeszłam dopiero 422 stronnicowe mile, ale już to wiem… Cięgle spięta czekam na to, co wydarzy się następnie- nawet łapię się na teleportowaniu na dalsze strony, by szybciej się dowiedzieć, co się wydarzy i w spokoju czytać od momentu, w którym ów ciekawość mnie chwyciła. Już się nie mogę doczekać kolejnych tomów, choć to moje zapadanie w lekturę nie wszystkim jest w smak. Maniek coś by mógł o tym powiedzieć, gdyby mógł, zaszczekać w każdej chwili może…

    Ghost Dog

    Brak komentarzy

    „Całe życie to ciąg następujących po sobie chwil. Jeśli człowiek zrozumie chwilę obecną, nie będzie miał już nic do zrobienia, ani za niczym nie będzie podążał.”

    Środa- śni mi się, że muszę coś komuś szybko powiedzieć, nie wiem dlaczego szybko? ani co?, w każdym razie biegnę, biegnę, bardzo szybko bięgnę. Dobiegam do końca mojego miasta i orientuję się, że za szybko biegłam i ominęłam ten dom, w którym miałam znaleźć odbiorcę wiadomości. Więc wracam się i już nie biegnę szybko, tylko powłóczę nogami, przewracam się, wszystko jest zamazane, kręci mi się w głowie. Kieruję  swoje myśli w kierunku biegu, myślę o celu, skupiam całą swoją wolę by biec, ale dalej to samo: nogi – z ołowiu, za chwilę jak z plasteliny, rozciągają się, nic nie czuję, tylko to falowanie obrazu, pijany widok. Oczywiście nie dobiegam.

    Czwartek- śni mi się, że jestem w jakiejś galerii, jest w kształcie rotundy, na obrzeżach są sklepy, w środku jakby klatka ze schodami i
    windami, na zewnątrz rzeka- wzburzona, górski nurt, wodospady, kaskady itp.Niektóre towary leżą poza rzeką, ekspedientki przechodzą do nich po wielkich głazach leżących w rzece… W każdym razie muszę się w tym śnie przedostać do innego sklepu, który jest na wyższym piętrze po drugiej stronie miejsca, w którym się początkowo znajduję. I wchodzę na tę klatkę, a tam wszystko wiruje, schody są ruchome, są też takie taśmy ruchome, a winy pojawiają się z różnych stron i wszytko to się kręci. Nie mogę znaleźć wyjscia, a nawet przejścia do kolejnych schodów, dostaję choroby morskiej, przewracam się, próbuję podążać za innymi ludźmi, ale oni za szybko się poruszają- w końcu jakoś stamtąd wychodzę, chyba ktoś mi pomaga, ale wrażenie koszmarne.

    Gdybym kładła się do łóżka pijana, zjarana – cokolwiek, to wszystko miałoby nieskomplikowane wytłumaczenie.

    Once

    Brak komentarzy

    Pierwszy raz obejrzałam ten film będąc na piątym roku studiów. Podrzucił mi go na wysłużonej już płytce, kolega, z którym chodziłam na judo. Gadał mi o tym filmie i gadał, że jak mogłam nie widzieć itp.itd. Więc podchodziłam do tego filmu raczej z rezerwą, jakoś za bardzo mi go narzucał, wciskał jak coś co się nie sprzedaje i długo zalega na półkach. Ale obejrzałam i zakochałam się w filmie, muuuuzyce. zdjęciach… Do filmu nie wracałam, jednak soundtrack wpisał się w mojego last.fma.
    Tu podaj tekst alternatywny
    Ostatnio usłyszałam jedną z moich ulubionych piosenek- stałam sobie w kuchni, jeszcze z papierosem w ustach, kiedy z pokoju mojej współlokatorki, zaczęły dobijać się znane mi dźwięki. Później dowiedziałam się, że aktualnie Paola pała silnym uczuciem do filmu i muuuzyki, a ponieważ oglądała Once w kinie, przeżyła silniejszy wstrząs, gdyż musiała zagłuszać i powstrzymywać swój szloch wywołany wzruszeniem (jejku jakie poplątane zdanie).

    I wczoraj, gdy burza szalała za oknem, a ciemność pokoju rozjaśniały błyski piorunów i światło ekranu obejrzałam Once znowu. I ponownie się zakochałam, a raczej nastąpiło zakochanie reaktywacja w filmie i muzyyyce, a jakże, jakże.Pisałam już o muzyce w Unmade beds, tam była ona bohaterem dopowiadającym, tutaj muzyka- jest bohaterem samym w sobie, nie musi
    dopowiadać, bo przemawia wprost. W końcu jest to film muzyczny.
    Poza muzyką- fajnie jest obejrzeć prawdziwych ludzi w filmie – w końcu
    zauważyłam jak bardzo jestem przejedzona plastikiem, którym karmi nas telewizja, kino amerykańskie i nietylko, i jakim miłym uczuciem jest zobaczyć kobietę, która choć nie ma gładkiej cery, małego nosa i dużych ust jest urocza i piękna. Fajna jest też swiadomość, ze ten film odniósł większy sukces niż się spodziewano, może w końcu więcej producentów zauważy, że film nie musi epatować seksem, strzelankami, by zyskać fanów.

    I piękna jest ta Irlandia, to wybrzeże i klify, i choć tam ciągle szaro to zdjęcia niczego sobie
    Tu podaj tekst alternatywny

    *osobny wpis poświęcę oczywiście soundtrackowi:)

    Wczorajszego wieczora znowu byłam na bieżni- po raz drugi, bieżni nie z siłowni, tylko takiej przy boisku. Moja kondycja jest słabiutka, a raczej jej nie ma- tylko kaszel i ściąganie w łydkach. Jednak postanowienie jest silne, bieganie co 3 dzień + ćwiczenia na rozciąganie w dniu pomiędzy. I drugi dzień niepalenia bez podjadania.

    A w pokoju pachnie ogórkami. Przywiozłam dwa kilo i je zaprawiliśmy, tylko Ony zaprawia na małosolne a ja na kiszone, tylko Ony jeszcze o tym nie wie. I tak se siedzę słucham Deerhunter i testuję- no bo też pracuję- a w międzyczasie przypatruje się procesowi kiszenia, piję maślankę, którą dzielę się z psem (Manosem Wspaniałym), ratuję ćmy zabłąkane po nocy z jego łap i niecierpliwie wyczekuję końca dnia… w końcu ciężko być w systemie praca, jak interfejs – nie ma co- wakacyjny jak nic.

    Cumulusy

    Brak komentarzy

    Gdy byłam małą(mniejszą) dziewczynką jednym z moich ulubionych zajęć było wpatrywanie się w chmury. Robiłam to leżąc na trawie na podwórku, grzejąc się na ręczniku po wyjściu z wody,latem; wisząc głową w dół na trzepaku postawionym na niewielkim wzniesieniu; podczas robienia orzełków, gdzieniegdzie zwanych aniołkami, w śniegu; a nawet leżąc na tylnym siedzeniu samochodu (jeszcze nie było nakazu zapinania pasów z tyłu, nie wspominając o tym, że w maluchu tychże nie było) wyginałam się tak, że w czasie jazdy mogłam je podziwiać*. Nawet nie o samo podziwianie chodziło, raczej wyobrażanie sobie co przedstawiają, choć to raczej inna czynność, bo dostrzeganie znanych kształtów w chmurach – nie do końca jest wyobrażaniem, ale wszyscy wiemy, o co chodzi. Zdaje się, że ta fascynacja chmurami i tym, co sobą przedstawiały, sprawiła, że na pytanie kim chcesz być kiedy dorośniesz? odpowiadałam, że chciałabym mieszkać w chmurach i obserwować je z bliska. Oczywiście ta odpowiedź nigdy nikogo nie satysfakcjonowała i musiałam dopowiadać, że to nie znaczy, że chcę zostać pilotem.
    Ostatnio przeżyłam ponownie tę fascynację. Pojechałam z moim tatą oddać mojemu wujkowi narzędzia. Nie chciałam wychodzić z nim, więc zostałam w samochodzie. Miałam dziwny humor, anio dobry ani zły. W radiu coś tam leciało, radiozetkowy badziewny song (znając życie), ale to nie było ważne. Przede mną wyrosła ogromna chmura, zbudowana z piętrzących się warstw ponad blokami, szaro-granatowo-beżowo-biała. Pochłonęła całą moją uwagę, kręciło mi się w głowie od wpatrywania w nią- najpierw zobaczyłam bajkową twarz podstarzałego cherubina, następnie twarz ta podzieliła się na dwie- a mój poziom wpatrzenia wzrósł do tego stopnia, że miałam wrażenie, iż chmura ta poruszana jest wiatrem z kilku stron. Te dwie częśći twarzy wirowały ze sobą, pierwszym moim skojarzeniem było, że jest to mężczyzna i kobieta, ale potem zobaczyłam jelenia i kobietę, namiętnie go całującą. Ten pocałunek trwał i trwał, przez ten kilkustronny nurt wiatru, te zaczepione o siebie głowy kobiety i jelenia nie rozrywały się, tylko falowały, rytmicznie i płynnie. I tak kołysana tym przedstawieniem przypomniałam sobie o tych dziecięcych marzeniach…

    *dla wszystkich, którym łatwo się kojarzy: tylne siedzenie w samochodzie, jazda, wyginanie- te słowa, przykro mi, ale nie odnoszą się do czynności, która przyszła wam na myśl


    Unamde beds- film, w którym muzyka jest nie tylko tłem, ale i bohaterem z wieloma kwestiami. Uzupełnia dialogi postaci o to co niewypowiedziane, ubiera w słowa, buduje nastrój i kreuje emocje.Jest dialogiem zupełnym. Wpisuje się w obrazy,sprawiając, że stają się odrealnione, bajkowe, piękniejsze.

    Unmade bedsSam film opowiada historię grupy młodych ludzi, mieszkających w jednym z angielskich sqatów. Cała opowieść budowana jest na zmaganiu się ze swoimi traumami (zawiedzione uczucie), doświadczeniami (poszukiwanie ojca) dwóch bohaterów, Very (Belgijka poszukująca miłości) i Axl(Hiszpan, który boryka się z podjeciem decyzji czy ujawnić swoją tożsamość przed ojcem czy nie). Tych dwoje spotyka się właśnie w sqacie i od tego momentu śledzimy ich historię. Film ten zadaje pytania, które zadajemy sobie wszyscy, może nie na co dzień, ale na pewno w jakimś momencie naszego życia takie pytania: jak dokąd zmierzamy, czego chcemy, czy jesteśmy gotowi podjąć ważne decyzje w każdym momencie naszej egzystencji, czy jesteśmy gotowi na zmiany? zaczynamy sobie zadawać. Tutaj tę niemoc, brak zdecydowania, nieumiejętność podjęcia decyzji, jak i odwrotność tych stanów w pewnym sensie symbolizują łóżka- nasze życie. Nie zawsze pościelone, nie zawsze nasze własne, przypadkowe, niewygodne…

    Unmade beds jest godne polecenia. Choćby tylko po to, żeby choć przez chwilę zastanowić się jak śpisz, gdzie sypiasz? Ja już trochę wiem, a Ty jak śpisz?


    • RSS