substytutowo blog

    Twój nowy blog

    w rozkroku

    Brak komentarzy

    I jestem w rozkroku – jedną nogą w Hometown drugą w W., co gorsza jutro rozkrok się rozciągnie o 7 wagonów, 300 kilometrów i 6 godzin.
    Nie umiem pokochać W. na dwie nogi, rozdziera mnie to miasto i stoję jak baletnica tylko na opuszkach stopy lewej, ciężar ciała mam w rodzinnym.
    W. miasto większych możliwości, rozrywek, miliona ludzi, moje rodzinne o śmiesznej ilości mieszkańców, pubów i ludzi młodych, a jednak ciągnie.
    Nawet pstrąg na przystankowej tablicy, stęchlizna autobusów, tłok w nich i średnia wieku 17 (średnia wieku w Hometałnie o połowę wyższa, chyba) zdaje się być relaksująca. Ciekawe na jak długo wrażenie się utrzyma.
    Chciałabym się gdzieś zasiedzieć, na dłuzej, na rok i nie wyjeżdżać nigdzie, nie ruszać się z miejsca, może wtedy miłość sama przyjdzie, a może ja nie umiem kochać miast.

    Z Niemisiem raptem 3 tyg. temu wydawało się, że wróciło do normy, normy oczekiwanej, była wspólna jazda busem, lekcje, a nawet zaproszenie na koncert, luźne rozmowy, ale pękło już w pierwszym tyg.. Byłam wściekła, cholernie obrażona, że znowu się zakręciłam, źle zrozumiałam intencje, ale teraz jest oki, najwyraźniej to, że mnie stać na normalną relację, nie oznacza, że Niemisia też. Może dlatego jest Niemisiem.

    Wczoraj o 12:27 na świat przyszedł Maleńki M., spóźniony, bo ponad 8 dni po terminie, ale słodki- wyjątkowo słodki (zazwyczaj nie podobają mi się małe dzieci, bo małe dzieci, jakby nie było, zazwyczaj są brzydkie).
    E.czyli Mamuśka- szczęśliwa, więc ja też.

    Łapię się na tym, że nie jestem w stanie pisać tutaj bez wylaszczenia swoich myśli, jestem blogowym ukrywaczem, który pomimo tego, że chciałby nie umie podzielić się większością przemyśleń, nie mówię, że wszystkimi. Nie lubię dotykać obcych ludzi, ale z drugiej strony- właśnie…

    drajwww podejście 2

    Brak komentarzy

    teraz to chyba przesadziłam z dochodzeniem do siebie. zaszłam tak daleko, że nie wiem czy będę w stanie przywołać to wrażenie, które trzymało się mnie przeszło 2 tyg. ale spróbuję
    coś mi się obiło o uszy, że wprowadzili czy mają wprowadzić kina, w których podczas seansu odczytują Twoje odczucia i sterujesz jakby tym, co będzie dalej, czyli są jakieś alternatywne wersje filmu i zależnie od emocji publiczności wybiera się dany koniec.
    Gdyby ktoś odczytywał moje emocje na drive, to sprzęt by zwariował, tak były sprzeczne, musianoby puścić 2 alternatywne wersje-zespolone ze sobą- czyt. jeden wielki chaos.
    wracając do filmu, już od pierwszych zdjęć, połączenia ich z muzyką wiedzialam, że nawet jeśli nie zachwyci mnie sama fabuła, to obrazy i dźwięki jak najbardziej. Ale zachwyciło mnie wszystko, choć są pewne rzeczy, które mi się nie podobały, to są tak drobne, że nie wpływają na ogólne wrażenie.
    Ogólne wrażenie- przybita do fotela i drżąca, nie zdziwiłabym się, gdybym przez większość seansu miała otwartą szeroko buzię i zaciśnięte pięści- już dawno żaden film nie wpłynął na mnie tak, bym odczuwała te wszystkie emocje tak fizycznie i namacalnie. W dużej mierze to zasługa zdjęć, spowolnionych scen, milczenia główneo bohatera i dość brutalnych akcji.
    No i Ryan Gosling- facet zrobił na mnie takie wrażenie, że zakochałam się jak nastolatka, jeszcze tylko brakuje mi plakatu, do którego wzdychałabym przed snem i co rano, a przebierając się w piżamkę zakrywała się przed tym wizerukiem zawstydzona…
    rozumiem, że taka rola- milczącego, mocnego, zdolnego faceta, umiejącego poświęcić wszystko w imię miłości- że inaczej podziałać to wszystko nie może, ale facet ma takie oczy, że dla mnie gdziekolwiek, by teraz zagrał chciałabym to zobaczyć…


    A tutaj utwór z soundtracku
    , który (soundtrack) jest moim zdaniem jednym z najlepszych jakim znam, a zestawienie go ze scenami jest tak harmonijne, że oglądając i słuchając- zacierasz te dwa zmysły, miksujesz je w ciele i płyniesz tym ciałem w świat filmu. lepsze niż 3 D tysiąc razy.. i to chyba na tyle-

    drive

    Brak komentarzy

    Draajvv – gdybym nagrała brzmienie swego głosu w momencie wypowiadania tego słowa, ta notka byłaby pusta…
    więcej o Draajvv jak dojdę do siebie- leci 2 tydzień i jeszczem zbyt oderwana:)

    Starszy brat

    Brak komentarzy

    Jeżyk Lucuś mieszkał w bardzo słonecznym lesie Przy Buku nr 5, obok
    kamienia pamiętającego odległe czasy, gdy buków w lesie rosło 250. Lucuś miał 4
    latka i chodził do przedszkola Przy Leśnej Polanie, do którego codziennie
    zaprowadzała go Mamusia, gdyż Tatuś dużo wcześniej wychodził do pracy w swojej
    firmie Słodkie Jabłuszko- produkującej przeciery i różnego rodzaju przesłodkie
    desery z jabłek.

    Lucuś uwielbiał chodzić do przedszkola. W domu był sam jeden i nie zawsze
    miał się z kim bawić, a wszyscy się zgodzimy, że najlepsze zabawy wymyśla się
    ze swoimi rówieśnikami, albo po prostu  z
    dziećmi. A w Leśnej Polanie Jeżyk mógł się bawić bez końca w swoją ulubioną
    zabawę Orzechowy sklepik wraz z rudą Wiewiórką Zosią, Jeżykiem Mirkiem, Kuną
    Nicolą oraz zawsze rozczochranym Piżmakiem Adasiem. Całe godziny w przedszkolu
    spędzali ustawiając lady, rysując papierowe pieniążki, z których najcenniejszy
    był ten ze słoneczkiem, a najmniej wartościowy z grzybkiem i handlując między
    sobą kasztanami, szyszkami, liśćmi czy znalezionymi przy strumyku płaskimi
    kamieniami w kolorowe plamki.

    Pewnego dnia rodzice Lucusia zaprosili go, zupełnie niespodziewanie, na
    pieczone jabłuszka do Jadłodajni pod Jabłonką. Nasz Jeżyk bardzo się ucieszył,
    bo nad wszystkie potrawy na świecie lubił pieczone jabłka, zwłaszcza te
    podawane z malinowym dżemem Pani Mądralińskiej Sowy. Mamusia i Tatuś cały czas
    tajemniczo się uśmiechali, a ku zdziwieniu Lucusia Mamusia miała czerwieńsze
    niż zazwyczaj rumieńce na twarzy.

    -Smakowało Ci?-
    zapytał Tatuś.

    -Mmmm, jeszcze
    jak- oblizując się wykrzyknął Lucuś.

    - To cudownie.
    Mam nadzieję, że jesteś gotowy na jeszcze jedną niespodziankę. Mamy dla Ciebie
    wesołą nowinę!!!- powiedziała Mama, puszczając do Lucka oczko.- Będziesz miał
    braciszka lub siostrzyczkę, już całkiem niedługo.

    Lucuś zastygł na
    moment, otworzył szeroko oczy, jakby nie mogąc uwierzyć w to, co usłyszał. Aż
    wreszcie wykrzyknął:

    -Hurra!!! Będę
    miał się z kim bawić!! Będziemy razem biegać, sprzedawać w Orzechowym sklepiku,
    układać klocki, zbierać szyszki i kasztany, czytać bajki – całą drogę do domu
    wymieniał Lucuś. Od usłyszenia tej dobrej nowiny Lucuś swój wolny czas
    poświęcał na wymyślanie zabaw i imion dla swojego nowego rodzeństwa, gdyż nie
    dbał o to czy będzie to siostra czy brat. A nas nie powinno dziwić to radosne
    oczekiwanie Lucusia, ponieważ od zawsze chciał mieć rodzeństwo i często przed
    pójściem spać marzył, by wreszcie to nastąpiło.

    W końcu, po trwających, dla naszego bohatera, wieki oczekiwaniach,
    pojawił się w domu nowy gość – maleńka Zuzia. Lucuś z uśmiechem na twarzy
    wyruszył ze swojego pokoju się przywitać, ale co to? Co to za brzydkie,
    zupełnie małe, z dziwnymi, białymi kolcami stworzenie? Jeżyk z niedowierzaniem
    przecierał oczy i myślał, że to nie może być jego siostra- miała być taka jak on,
    no troszkę mniejsza, uśmiechnięta i wołająca do niego z radością Cześć!. A
    tutaj jakaś mała beksa z zapuchniętymi oczami i czerwonym nosem.

    Lucuś nie lubił swojej siostry, po pierwsze nie mógł się z nią bawić, a
    po drugie wszyscy się nią zachwycali, jakby nie zwracając uwagi na niego.
    Ciągle słychać było w domu radosne okrzyki rodziców i gości: jaka ona śliczna,
    a jaka malutka, a jak szybko rośnie. Jeżyk nie podzielał ich zdania, tylko
    wkładał jej kasztany do łóżeczka, żeby nie mogła się wyspać, szczypał ją w
    nóżki, gdy nikt nie widział i pokazywał jej język oraz inne okropne miny,
    doprowadzając ją w ten sposób do głośnego płaczu.

    Pewnej nocy Zuzia płakała głośniej i dłużej niż zwykle. Lucuś był bardzo
    zły, bo nie mógł zasnąć, a kiedy już mu się to udawało, znowu budził go płacz i
    sprawił, że Lucek sam stał się markotny i chciało mu się płakać. Kiedy płacz
    Zuzi ustał, postanowił wyjść z pokoju i ruszył do sypialni rodziców, jednak
    zastał tam tylko Tatusia.

    - Gdzie jest
    Mamusia?- zapytał ziewając i przecierając rozespane oczka.

    -Mamusia
    pojechała z Zuzią do szpitala, ale niedługo wróci- odpowiedział Tatuś i
    odprowadził Lucka do łóżeczka.

    Ale Lucuś już tej nocy nie zasnął. Na początku myślał, że to przez złość
    na siostrzyczkę, bo nie dość, że swoim płaczem go budziła, to jeszcze zabrała
    ze sobą Mamusię. Jakby Mamusia nie mogła zostawić Zuzi w szpitalu samej i
    wrócić- myślał zaciskając usta. Złapał się jednak na tym, że wcale nie jest zły
    tylko smutny, i to nie dlatego, że nie może przytulić się do Mamy. Strasznie
    się martwił o siostrzyczkę i to nie pozwalało mu zasnąć. Tak smutno rozmyślając
    dotrwał do samego rana i bez ociągania wstał z łóżeczka. Nawet sam się ubrał.
    Co prawda koszulkę założył tyłem do przodu, a skarpetki nie do pary: jedną
    różową, a drugą niebieską, ale Tatuś był z niego bardzo dumny i go pochwalił.
    Jednak Lucusia pochwała ucieszyła tylko na chwilkę. Ciągle wypytywał: co z
    Zuzią? Kiedy wracają? Tatuś uspokoił go i zaproponował, że Jeżyk nie musi iść
    dziś wyjątkowo do przedszkola, tylko razem z nim pojechać po Mamusię i
    siostrzyczkę do szpitala.

     -Tatusiu dziękuję- uradował się Lucuś. I
    pobiegł do pokoju po swoją ulubioną maskotkę – rozgwiazdę w kolorach tęczy i
    udali się do szpitala. Oczywiście domyślamy się wszyscy, że ukochaną zabawkę
    Jeżyk wziął z zamiarem podarowania jej Zuzi.

                /W szpitalu, gdy szli długim i
    białym jak śnieg korytarzem, Lucuś z niepokojem rozglądał się na wszystkie
    boki. W każdej sali wypatrywał Mamusi, a przede wszystkim małej Zuzi. Ale
    nigdzie ich nie widział. Zrezygnowany zaczął pochlipywać cicho, obawiając się,
    że jego siostrzyczkę spotkało coś złego.

    -Co się stało
    synku?- Tatuś spytał zaciekawiony.

    -Bo to przeze
    mnie Zuzia jest w szpitalu- przez łzy wyszeptał Jeżyk.

    -Ależ co ty
    mówisz, Lucusiu?- powstrzymując uśmiech powiedział Tata. Skąd ci to w ogóle
    przyszło do głowy?

    -Byłem dla niej
    taki niedobry, ciągle jej dokuczałem i nie lubiłem jej. To przeze mnie się
    rozchorowała!!!. Lucuś wybuchnął płaczem, a Tatuś wziął synka na ręce i mocno
    przytulił.

    -To nie twoja
    wina synku, małe dzieci często się przeziębiają, chorują. A Zuzi nic nie jest,
    już dziś zabieramy ją do domku. O popatrz!!- wskazał ręką przed siebie- Mamusia
    z Zuzią już do nas idą.

    Lucuś szybko
    otarł łzy, wyskoczył z objęć taty i pędem ruszył do Zuzi.

    -Zuzia!!!-
    krzyknął.

    -Ciii- uciszyła
    Lucka Mama. – Twoja siostrzyczka śpi, była bardzo zmęczona.

    Nasz Jeżyk
    spojrzał na nią z uśmiechem. –Jaka ona śliczna! – powiedział do niej szeptem,
    głaszcząc swoją siostrzyczkę po policzku. Jak się obudzisz to mam dla ciebie
    prezent, moją tęczową rozgwiazdę. Mi już nie jest potrzebna.

    Rodzice zerknęli
    na siebie porozumiewawczo, a Mama pogłaskała czule Lucusia po główce. W takich
    oto radosnych humorach powrócili do domku.

    Odtąd Lucek stał się przykładnym starszym bratem, chwalił się Zuzią wśród
    przyjaciół z przedszkola, wychodził z Mamusią na spacery i sam z chęcią
    prowadził wózek, ochoczo przytakiwał wszystkim pochwałom jakie wygłaszali
    napotkani znajomi, zamiast robić straszne miny opowiadał Zuzi bajki jakich
    nauczył się w przedszkolu. A kiedy nadeszły jego urodziny w prezencie od
    siostry dostał odciśnięta farbką na kartce rączkę Zuzi, podpisaną przez Mamę Dla
    najlepszego braciszka na świecie!- Zuzia. Kartkę tę powiesił nad swoim łóżeczkiem,
    żałując, że tak dużo czasu zajęło mu zrozumienie, że jego siostrzyczka to
    najlepszy prezent pod słońcem jaki dostał.

    uzależniona

    Brak komentarzy

    raz w ciągu dnia to stanowczo za mało, 5 ciągle niewystarczająco, 10 pozwala przetrwać kolejnych parę godzin w skupieniu, ok. 20 to liczba, która zadowala prawie zupełnie, ale powoduje zwiększenie uzależnienia i zasypia się z tęsknotą pod powiekami.
    Już dawno żadna piosenka nie uzależniła mnie tak bardzo i nie sprawiła, że pragnę wracać zarówno do jej słów, jak i samego wykonania. Słowa są przecudowne, patetycznie można by je nazwać esencją powieści mówiących o rozpadzie związków, znajomości, a nawet tego, co jest w nas w takich sytuacjach, a nie bardzo umiemy to nazwać. Dla mnie ten tekst jest trochę jak Sutra serca – ktoś za mnie wyśpiewał, to co poczułam- a zamieścił to w słowach Now you just somebody that I used to know…

    Gotye feat. Kimbra – somebody that I used to know

    Now and then I think of when we were together
    Like when you said you felt so happy you could die
    I told myself that you were right for me
    But felt so lonely in your company
    But that was love and it’s an ache I still remember

    You can get addicted to a certain kind of sadness
    Like resignation to the end
    Always the end
    So when we found that we could not make sense
    Well you said that we would still be friends
    But I’ll admit that I was glad that it was over

    But you didn’t have to cut me off
    Make out like it never happened
    And that we were nothing
    And I don’t even need your love
    But you treat me like a stranger
    And that feels so rough
    No you didn’t have to stoop so low
    Have your friends collect your records
    And then change your number
    I guess that I don’t need that though
    Now you’re just somebody that I used to know
    Now you’re just somebody that I used to know
    Transcribed by lyricshall.com

    Now you’re just somebody that I used to know

    Now and then I think of all the times you screwed me over
    But had me believing it was always something that I’d done
    But I don’t wanna live that way
    Reading into every word you say
    You said that you could let it go
    And I wouldn’t catch you hung up on somebody that you used to know

    But you didn’t have to cut me off
    Make out like it never happened
    And that we were nothing
    And I don’t even need your love
    But you treat me like a stranger
    And that feels so rough
    No you didn’t have to stoop so low
    Have your friends collect your records
    And then change your number
    I guess that I don’t need that though
    Now you’re just somebody that I used to know

    (Somebody)
    I used to know
    (Somebody)
    Somebody that I used to know
    (Somebody)
    I used to know
    (Somebody)
    Now you’re just somebody that I used to know
    I used to know
    That I used to know
    I used to know
    Somebody

    (pod tytułem link do teledysku, oszczędny a wyraża to co trzeba, przynajmniej ja tak uważam, no i Gotye ma boską facjatę i fajne zęby)

    Cocteau Twins

    2 komentarzy

    Cocteau Twins wróciło do mnie po długim czasie. Jestem fanką ich jednej płyty, bo tylko tę jedną znam, reszta jakoś do mnie nie dotarła, oprócz pojedynczych kawałków, które nie nakłoniły mnie do odsłuchu całości. Płyta, która zawładnęła mną całkowicie, gdzieś w roku 2003-2004, nosi tytuł Treasure. A teraz przypomniała mi się za sprawą mojej przyjaciółki E., która lubi ją bardziej niż ja.
    Wczoraj zapuściłam ją sobie i powróciło wiele wspomnień. Jak razem z E. w naszym pierwszym studenckim mieszkaniu słuchałyśmy jej w skupieniu, baaardzo głośno, inaczej dźwięk nie przebiłby się przez hałas ulicy, mknących po głównej ulicy w Toruniu tramwajów, ciężarówek i innych megagłośnych pojazdów.
    Słuchałyśmy jej do obiadu, do nauki, do czytania, do leżenia, do gadania… non stop, aż nam się zdarła, najpierw kaseta, potem płyta…, ale słuchałyśmy dalej ze szmerami. Stąd muzyka ta jest tłem dla wielu naszych wspomnień, wystarczy ją zapuścić i  zamknąć oczy i już widać obskurne ściany tamtego mieszkania, plakaty, które nie przetrwały kolejnych przeprowadzek; cholerne prusaki, których nie dało się pozbyć, klimat studenckiego życia, poopróżnianych butelek po piwach, okropnej wódce „Czerwona kartka”, której zapach wzbudza we mnie dreszcze obrzydzenia; smak czekolady kokosowej z PoloMarketu i śmiech, dużo śmiechu. To były wspaniałe czasy naszego kartuskiego teamu w Toruniu: E., K. i ja, dobrze, że choć klimat odszedł i jest tylko wspomnieniem, przyjaźń przetrwała- choć każda z nas, gdzie indziej.

    Pandora- „Cocteau Twins”

    siedem trójek

    Brak komentarzy

    Aplikacje nie działają jak trzeba- pewnie nie ogarniam, zbyt brutalnie wpisując dane, zniechęcam je do siebie- uparte nie chcą mi się poddać- testowanie pełną gębą

    dziś żadna muzyka się mnie nie chwyciła, włączyłam „Trójkę” online- i zaczęła się mnie chwytać, pojedyncze kawałki, a jednak – a rozmowy w przerwach pozwalają przetrwać to uczucie samotności, które zawsze mnie dopada po powrocie z domu. Jestem fanką rodzinnego chaosu- nawet z tv w tle, a przede wszystkim z grą w kości, wyjazdami do Ostrzyc, plackami ziemniacznymi w Zapiecku i pośpiesznym korzystaniem z łazienki…

    Sieć

    2 komentarzy

    Aparatka wróciła do WilczaSquad, a to jedna z jej opowieści:

    będąc w domku rozmawiała na Skypie, do pokoju weszła jej babcia, zobaczyła, że A. rozmawia i stanęła bezruchu z rękami uniesionymi ku górze- a raczej w pozie faraońskiej – A. odrwaca się i pyta: babciu co robisz? a babcia na to: ciii nie chcę przerwać sieci:)

    opadanie

    Brak komentarzy

    w powietrzu ktos chyba rozpuścił proszki nasenne, rozpylił eter- głowa mi opada, szczęka, która następnie ocieka śliną:/ To niewskazane, niegodne zachowanie pracownika…Tłumaczenie samej sobie, że burza już była i zaraz znowu będzie, że ciśnienie spada, a ja wolę wyż- to tłumaczenie na miarę starej baby grzędzącej*. I tylko patrzę jak chłopaki ze skupionymi minami wpatrują się w swoje komputerki, ledwo patrzę, bo powieki też opadają- a to pewnie wina zbyt grubo pomalowanych rzęs…
    i kolejny ziew, wyśpię się w pociągu – bo przecież nie będę czytać przez całe 7 godzin

    Poza tym znajomość z Niemisiem, chyba już ostatecznie dogorywa, myślę, że nigdy nie osiągnie tego, co mogła. Zawsze trudno mi się pogodzić z takim biegiem rzeczy, spotyka się kogoś z kim rozumie się bez słów, widzi się wady tej osoby, ale ma się je w nosie, bo to zrozumienie jest ponad to. i wtedy następuję lubienie się za bardzo, i wszystko się kończy. strasznie załuję, że nie możemy inaczej, że nie zostanie nam nawet ta przyjaźń, która brzmi tak banalnie. Banalnie brzmi też, że nie można mieć wszystkiego… i ręcę opadają

    *hahaha mój poziom szary komórek to nie opada tylko opadł

    … czyli jakie informacje docierają do mnie z Kaszub. Rozmawiałam ostatnio z mamą przez telefon i opowiedziała mi, że czytała na naszym lokalnym portalu o dwóch takich, co się spili i postanowili zaprzyjaźnić się z żmiją. Nie nazwałabym całowanie drogą do zaprzyjaźnienia, raczej próbą napastowania … no albo chęcią nawiązania bliższej znajomości. Więc tak próba zaprzyjeźniania skończyła się pokąszeniem w okolicach twarzy, ostry był ten całus…

    — co do wczorajszej notki, oczywiście już nic na ten temat nie napiszę, za szybko zaczynam myśleć o czymś innym


    • RSS