Ostatnio rozmawiałam z moim współlokatorem. O tym, że jestem ciągle głodna, bo ciągle zmęczona, bo jest  mi zimno, bo się stresuję, że nie zdążę znowu zrobić tego, co chciałam dla siebie tylko. Tak po prostu usiąść z książką w ręku, ciepłą herbatą  z cytryną,l albo pograć na gitarze (czego znowu już długo nie robiłam), porysować albo chociaż pomalować paznokcie – ładnie, bez wyjeżdżania za linię, mieszcząc się w konturach, a nie w pośpiechu zamalowywać miejsca, w których lakier się odkruszył.
Ale nie daję rady, po trzeba pomyć, zrobić obiad na jutro, pranie z 2 tygodni, sprzątnąc ten cały bajzel, który nasz wpólny a jednak leży na mnie.
A on mi mówi, że przecież nic nie muszę.
No rzeczywiście nic nie muszę.
Łazienka może zachodzić kamieniem, grzybem, odklejającą się farbą, gnijącą wodą w kiblu- smrodem sterty niewypranego prania, klejącą podłogą, sklejonymi sztućcami, laboratoryjną zawartością kubków – zachodzić może kuchnia. Bo przecież nie muszę.
Łatwo mówić, nic nie musisz – jeśli się jest osobą, która nic dla wspólnoty nie robi. Wychodzi też na to, że ja robię dla siebie. Bo on może zaleźć kurzem, smrodem skarpetek, górą naczyń na parapecie…