Pozwolę sobie zacząć prafrazując słowa Marudy ze Smerfów, Jak ja nie cierpię listopada (u?)!!!!
Bo liście spadają i mamy złotą polską jesień pod nogami, mozaiki brudnych zgniłych liści, które przynosi się do domu na obcasach i podeszwach, niebo zalane śmietaną, zero słońca i błękitu, jedyne światło to można sobie pooglądać na cmentarzach.

Nie cierpię myśleć o pieniądzach!!! a niestety wszędobylska sprawa grecka, wszędobylskie artykuły o kolejnych zagrożonych panstwach i o zbliżającym się kryzysie w Polsce, każe mi się bać. I się boję – niestety. I odsuwam plany na potem: czyt. dzieci, wynajęcie mieszkania bez innych współlokatorów – wszystko to zaczyna mi się jawić jako niedościgniony luksus- a miało być tak pięknie, a lata lęcą, a człowiek ciągle w zawieszeniu. moja marzycielska natura, lubi latać głową w chmurach, ale stopy woli mieć na ziemi- twardo, i życie tez lubi mieć stabilne.