substytutowo blog

    Twój nowy blog

    Wpisy z okresu: 5.2011

    Strata

    Brak komentarzy

    Towarzyszy mi od paru dni poczucie straty. Być może jest tak absurdalne- jak scena wycięta z jednego z moich snów (wymiana gumek do włosów – dokładnie 245 – na 30 tysięcy złotych:)), a może jest realne. Kłębi się we mnie to poczucie straty, może nawet bardziej opuszczenia i sprawia, że poruszam się nie do końca świadomie. Czuję się opuszczona- nie umiem wyrazić tego do końca, albo po prostu mi się nie chce obnażać. Obnażać bardziej, nie lubię pokazywać zębów, a co dopiero szczerzyć się do dziąseł.

    „Blind” Placebo

    If I could tear you from the ceiling
    And guarantee source divine
    Rid you of possessions fleeting
    Remain your funny valentine

    Don’t go and leave me
    And please don’t drive me blind
    Don’t go and leave me
    And please don’t drive me blind

    If I could tear you from the ceiling
    I know the best have tried
    I’d fill your every breath with meaning
    And find the place we both could hide

    Don’t go and leave me
    And please don’t drive me blind
    Don’t go and leave me
    And please don’t drive me blind

    You don’t believe me
    But you do this every time
    Please don’t drive me blind
    Please don’t drive me blind

    I know you’re broken
    I know you’re broken
    I know you’re broken

    If I could tear you from the ceiling
    I’d freeze us both in time
    And find a brand new way of seeing
    Your eyes forever glued to mine.

    Don’t go and leave me
    And please don’t drive me blind
    Don’t go and leave me
    And please don’t drive me blind
    Please don’t drive me blind
    Please don’t drive me blind
    Please don’t drive me blind
    Please don’t drive me blind

    I know you’re broken
    I know you’re broken
    I know you’re broken

    a tu z odsłuchem

    Sny psują mi głowę. Szuka sposobu na zaprzestanie śnienia. Albo sposobu na kontrolowanie snów i nie wpuszczanie do głowy wybranych osób.
    Jestem snopatką, jak dziecko. Jeden sen i cały dzień popsuty.

    wczorajsza radość, która pojawiła się w związku z pierwszymi pęcherzami na palcach- dwóch konkretnie- , które powstały na skutek bardzo konkretnych ćwiczeń na basie- dziś odeszła w zapomnienie. Gdyż z powodu goniących mnie terminów w pracy, z nerwów ów pęcherzyki pięknie rozgryzłam, pięknie- bo mam teraz dwie cudne, bolące czerwone ranki i nici z grania palcami. bólu nie lubię, zwłaszcza małego… mały głód to, co innego. Więc z zapalczywości została kostka. i od dziś przez pewnie parę dni, będę tylko basową lamą

    Strach

    6 komentarzy


    Wszystko zaczęło się, a większość wydarzeń, stanów emocjonalnych itp. ma swój początek, więc wszystko zaczęło się odkąd wciągneły mnie strony E.E., powieści Olgi Tokarczuk.Opowiada ona o 15 letniej dziewczynie, która wchodząc w dojrzewanie zaczyna przejawiać zdolności paranormalne. Te zdolności szybko zostają wykorzystane w tak zwanych seansach, gdyż w domu E.E. często się takie seanse zwołuje, głównie za sprawą jej matki, często za cichą zgodą jej ojca, aczkolwiek czasami za jego plecami. E.E. staje się oprócz medium, przedmiotem badań (czy do końca przedmiotem? nie umiem do końca tego określić, gdyż w badanich tych, nie zapomina się o jej człowieczeństwie, potrzebach itp.) młodego naukowca, dotychczas parającego się namacalnym badaniem mózgu; a także staje się dobrym materiałem do ulepienia z niej medium wykazującego pełne zdolności paranormalne tj. lewitacja, pojawianie się ektoplazmy, poruszanie przedmiotami itp.- dla przyjaciela domu. To tak w skrócie o głównym wątku utworu, na którym wszystko się opiera.


    Powieść ta na pewno nie została napisana, żeby straszyć w jakikolwiek sposób, nie ma w niej przerażających opisów duchów, uczucia niepokoju, lęku przed światem demonów- jest tutaj więcej rozważań na temat upadku moralności, dekadentyzmu, ścierania się wiary w rzeczy nadprzyrodzone ze sceptycyzmem itp.. A jednak zaczęłam się bać.

    Przed weekendem, siędząc sama w domu czytałam sobie lekko i przyjemnie kolejne strony, po czym postanowiłam zmienić wykonawcę, który śpiewał w tle. Wybór padł na jedną z płyt The Cure, nawet nie pamiętam jaką – w każdym razie po jej załączeniu, poszłam sobie zrobić herbatkę, by uczynić czynność czytania jeszcze pełniejszą i przyjemniejszą. Dźwięk jaki usłyszałam wchodząc do pokoju, omal nie wytrącił mi herbaty z rąk,narażając moją skórę na poparzenie. Dzwięk był upiorny, niczym 10 krzyków wydobywających się naraz z jednej, najlepiej egzorcyzmowanej osoby. Jest git – pomyślałam- to tylko taki utwór- a mi wyobraźnia już zaczyna działać. Dlatego, aby nie wpadać w schizy, jakgdyby nigdy nic wróciłam do lektury,zapominając o wszystkim.
    Wszystko wraca dnia następnego…, kiedy to będąc w kuchni, paląc papierosa z całą ekipą mieszkaniową, zostaję uraczona pewną opowieścią mojej (naszej)współmieszkankiwilczegosqadu. Opowieść wiązała się z książką nie tylko dlatego, iż pojawiał się w niej duch, zjawa czy coś, ale również dlatego, że była opisem snu, snu na jawie czy czegoś, a opisy snów składają się na strony E.E. w dużej mierze. Wracając do opowieści- brzmiała mniej więcej tak- Nie wiem czy słyszeliście, jak krzyczałam w nocy: – Boże, Boże, zostaw mnie!!!- ale to było straszne. Nie wiem czy mi się to śniło, czy miałam halucynacje- patrzcie wyciągnęłam nawet krzyżyk, bo czułam, że gdzieś go mam, tzn. wiedziałam, że mam i powiesiłam o tu- na ręce - krzyżyk jest zacnych rozmiarów, około 5 cm, złoto-żółty, wpatrujemy się w niego wszyscy, tym razem nikt nie rzuca kultowego już:”Gdzie jest krzyż?!” Teraz muszę go już nosić, bo mnie ktoś w nocy dusił. Patrzałam na ekran komputera i zobaczyłam jakiś cień, no a wygląd pulpitu widziałam bardzo dokładnie, wszystko wyglądało tak, jak w rzeczywistości. I ten cień się zbliżył i był to długi jakiś mężczyzna, o krótkich włosach i powiedział: nareszcie mogę cię udusić i zaczął mnie dusić- i ja nie wiedziałam czy mi się to śni czy nie, bo ból był namacalny, no czułam, że się duszę – może to był tzw. dusiołek?, mówię. Albo chwilowa zapaść jak w momencie kiedy wydaje się tobie, że spadasz?- Nie wiem, być może, myślałam, że mam poalkoholowe halucynacje, ale nie piłam tego dnia, muszę pić codzennie. Dotknęłam ściany, żeby zobaczyć czy mi się śni czy nie, pomyślałam, że jak będzie zimna – to to się dzieje naprawdę. I była zimna- tutaj sqadowawilczej zaczyna wydawać dźwięki, jakie głównie towarzyszą poczuciu zimna, przyspieszone, rozedgrane wydechy. I wtedy zaczęłam krzyczeć- i modliłam się dziś całe rano na kolanach, w ogóle chyba pójdę na majowe. Chciało mi się sikać w nocy i nie poszłam ze strachu, od dziś śpię przy zapalonym świetle, a jak znowu przyjdzie to go dźgnę tym krzyżem, o tak – pokazuje ruch zawdodowego szpadzisty – mocno w bok, albo w serce i ciach nie będzie. Albo będę wołać was po imieniu to mnie uratujecie.

    Po tej historii ciary przechodziły mnie cały wieczór, bałam sie iść sama do łazienki, oczami wyobraźni dostrzegając, za jej drzwiami długą, chudą, krótkowłosą postać z szyderczym uśmiechem, który sama jej stworzyłam. Ale do nocy wszystko minęło. Jednak wczoraj, pomimo niezwykłego zmęczenia, które ledwo pozwoliło mi na umycie zębów- po zamaszystych ruchach szczoteczką, po nawdychaniu sie mocnego peppermintowego zapachu, orzeźwiłam sie na tyle, że postanowiłam przeczytać kilka rozdziałów, żeby się dobić. Leżałam sobie na brzegu łóżka, czytając beztrosko, gdy nagle zaczęły mnie nachodzić wizje ze snu, jawy? wczorajopowiedzianego. Do tego doszedł opis rzucania, za sprawą woli, zdenerwowania, przedmiotami przez E.E. Spanikowana – podbiegłam szybko zgasić światło, szybko, gdyż włącznik znajduje się blisko drzwi. Bałam się, że w momencie kiedy będę naciskać – drzwi sie otworzą i zobaczę to coś. Spanikowana, z sercem w żołądku- duszą na ramieniu, zamieniłam się stronami w łóżku z onym, bezpiecznie docierając do ściany. Uff spanie przy ścianie zdaje się być takie bezpieczne, nic nie może wciągnąć ciebie pod łóżko, złapać za rękę, gdy ta cudownie opada poza legowisko, lub wystaje spod pościeli. Opatulona, wtulona w onego do granic możliwości, zasnęłam, a noc przebiegła bezkoszmarnie.

    Strach pozostał. HaHAhaHaha…Brrrr

    Jest jedna wielka i znacząca rzecz, za którą bardzo nie przepadam. Podpowiem tyle, że ta rzecz przynosi mi pieniądze, stały dochód miesięczny i dzięki niej mogę sobie żyć nie będąc w pełni na łasce innych. Nie przepadam za tą rzeczą, której dotknąć nie mogę, ponieważ często cierpię na brak zadań, zleceń i mam wrażenie, że dużo rzeczy w tej rzeczy jest nieustalonych, umownych, niepewnych.
    Mogłabym sobie znaleźć nową rzecz, przyjemniejszą, bardziej dochodową, ale cytując radiogłowych piosenkę mówiącąwszakzeoczymśinnym „Even though I might, even thought I try, I can’t„.
    Gdyż przedzieram się gęsto i często, w chwilach wolnych od zadań, przez szeregi portali internetowych, zarzucam swe sieci w sieci na co ciekawsze oferty, na co mniej ciekawsze oferty, na zupełnie nieciekawe oferty, będące jednakże ciekawszymi od mojej rzeczy – i nic, so I can’t. Albo I can’t pisać curriculum vitae, albo motywacyjne listy też nie są mi w smak, albo i can’t bo choć jednakże się starałam- ucząc się wytrwale- to na złym kierunku, i choć mogłam wybrać inny nie przyszło mi to do głowy- gdyż praca, pieniądze, przyszłość – nie były tym, co zajmowało moją głowę.
    I mój angielski, może nie jest na poziomie Kali ukraść krowę, Kali zjeść, Kali iść. To jednak jest niewystarczający, a chociaż mieszkamy w kraju , co swój język ma, bo nie gęsi w nim żyją tylko, to angielski jest ważniejszy. I nie neguję, nie uważam, że to źle- ale i can’t i choć I try- to strasznie mi się nie chcę, bo jest tyle rzeczy fajniejszych… Choćby narzekanie tutaj sobie:)

    Koncert pod Chopinem. Tłumy ludzi, biegające dzieci, kolejka pod mini budką z piwem. Na scenie konferansjer o miłym głosie, sposobie mówienia rodem z krajowej muzycznej jedynki wprowadza w historię kwartetu, który zaraz wejdzie i zagra. Włodek Pawlik Trio + Randy Brecker.
    Płyną pierwsze melodie, jazz- nigdy nie patrzyłam na tę muzykę, tak jak tego dnia. Nie odbierałam jej jako sentymentalnej podróży w bezpieczne miejsca pamięci, jako nie pasującą w tę całą nowoczesność XXI wieku, jako muzykę mającą posmak PRL-u znanego z książek i filmów, a jednocześnie posmak Zachodu lat 80.

    Utwór, który mnie zachwycił-Fall in States

    Od pierwszych dźwięków zapadłam w muzykę – Fall in States-Fall in Music. Zastanawiało mnie dlaczego ludzie w czasie tego wykonania nie zamilkli, nie zaprzestali rozmów o codziennych sprawach, komentarzy. Nie mogłam uwierzyć, że kogoś mogło to brzmienie nie porwać, nie wyrwać mu słów z gardła, nie otumanić. Siedziałam zapatrzona w obrazy z przeszłości, pokaz slajdów w mojej głowie, czarnobiałe fotografie wyciętę wprost z kronik filmowych. Drzewa na przeciwko smagane były  różnobarwnymi światłami, miałam wrazenie, że falują w rytm muzyki.Z całych sił pragnęłam już tak zostać, siedzieć na trawie pod koroną jakiegoś drzewa, pod zmierzchem nieba i słuchać tego jednego utworu.Mogłabym go teraz znaleźć na jakiejś płycie, w sieci, ale nie chcę. Nie chcę się rozczarować…

    Tego wieczoru moje serce szybciej zabiło jeszcze tylko raz- ,gdy zagrał Steve Hackett ze swoim zespołem, a w zasadzie, gdy zagrał John Hackett na fujarce- serce mi zaśpiewało niczym serca bohaterek powieści Jane Austen, a łzy lekko zawirowały pod powieką. Cudo, dźwięk srebrzysty jak księżyc i już półmrok wokół, ludzie jakby bardziej cisi, senni…ach

    Bulletproof…I Wish I Was (Radiohead)

    Limb by limb and tooth by tooth
    Tearing up inside of me
    Every day every hour
    I wish that I was bullet proof

    Wax me
    Mould me
    Heat the pins and stab them in
    You have turned me into this
    Just wish that it was bullet proof

    So pay the money and take a shot
    Leadfill the hole in me
    I could burst a million bubbles
    All surrogate and bullet proof

    And bullet proof
    And bullet proof
    And bullet proof

    Kiedy myśl się nie może wykluć- a odczuwa ciało nie głowa, dobrze, że są takie teksty jak ten

    Duchota i szarość egzotyczna za oknem. Drzewa przybrały dziś strój niepokojącej, zmierzchowej, tajfunowej zieleni. Ewidentnie coś wisi w powietrzu, a spaść przeszkadza temu czemuś jedynie deszcz, obfity i nagły. Kasztanowce w tej całej tajemniczej poświacie wyglądają nader romantycznie, wichrowo sponiewierane, niewinne.
    Tłem do obrazu za szklaną barierą jest płyta Grimes and dEon- Darkbloom. Bosko niepokojąca, zamaszysta, wypełniona po brzegi dźwiękami niezawsze przyjemnymi dla ucha. Dźwięki wdzierające, przedrzeźniające przyjemny – choć często urywany wokal, wchodzące pod skórę, wwiercające się pod czaszkę. Jedne irytujące do granic możliwości rozbrzmiewają powoli, by w momencie oczekiwanej kulminacji zostać zastąpione przez drugie- łagodne, pięknie delikatne, pozwalające na chwilę oddechu i miłe rozleniwienie. Tak samo jak z niektórymi utworami, tak i z całym krążkiem- płyta jest dwoista- męska i kobieca- i nie o płeć muzyki mi chodzi, tylko twórców. W sam raz na burzowo-letni nastrój wpisany w wiosenną aurę. Dwuznaczność w pełnym tego słowa znaczeniu.

    Posłuchajcie sami:
    Kobieta
    Mężczyzna

    Bezmoc

    Brak komentarzy

    Niemoc mnie dopadła.
    Niemoc. Bezmoc. Beznoc.
    Przepływam przez sny lekko.
    Bezdzień.
    Zupełnie grzęznę.
    Miałam teorię- wszystko było proste, bo uczuć można się wyuczyć, nad wszystkim zapanować, jedno przegonić, drugie zatrzymać…
    Moje imię Bezmoc.

    do zadźgania

    Przechodziłam ciągle obok tego samego miejsca. Dwa dziwne budynki mijane w drodze do jakiejś szkoły, pracy. Niby na odludziu, niby na górze, czasem na samym dole. Budynki zawsze te same. Jeden nietypowy pod względem architektonicznym, trochę jak mini opera z Sydney- tylko, że szarozielonkawoczarny; drugi niezidentyfikowany, zmiennokształtny. Ten sydneyowski nazywał się jakoś na R- gdy tamtędy przechodziłam- ciągle ktoś mówił „budynekR”- więc może nie na R – tylko R po prostu. Drugi był domem,  zwyczajnym mieszkalnym, czyimś domem, kogo znam. Byłam w tym domu dwa razy w ciągu jednej nocy- choć raz wyrwało mnie z niego otwarcie oczu, wróciłam tam, zaraz po ich ponownym zamknięciu.
    Pamiętam tylko pokój tego, którego znam. Stało tam łóżko- od razu na ścianie przy wejściu, a na przeciwko niego była wielka tablica na ścianie. Tablica ze zdjęciami, a może same zdjęcia- wszystko w kolorach jakby jesiennych-a fotografie przedstawiały tylko jedną osobę, z każdego okresu życia. Zdjęcia jej. Nie mogłam się na nie napatrzeć- jasny kolor włosów przyciągał mnie i otumaniał, jednocześnie czułam się speszona swoją obecnością w pokoju, do którego ona już przywykła.Nie wiem, skąd się wzięłam w tym miejscu ani dlaczego. Domownicy, co raz zaglądali do mnie i również nie ukrywali swojego zaskoczenia. Pojawił się także ten, którego znam, położył coś na łóżku, które przesunęło się na ścianę przeciwległą drzwiom. Opadłam na fotel i coś powiedziałam, niezrozumiałego dla mnie samej, niezapamiętywalnego- złapałam tylko spojrzenie, jakieś takie przelęknione i mnie stamtąd wyssało.
    Na zewnątrz było dużo błota,zewsząd dobiegała muzyka, choć dźwięki rozmywał odgłos spadających z nieba kropel. Stałam na asfaltowym wzniesieniu – czułam, że muszę kierować się w dół. Tak też zrobiłam- doszłam do domu mojej babci, a przynajmniej normalnie, to właśnie on znajduje się w tym miejscu. Ale to nie do końca był ten dom, wokół chodziło mnóstwo ludzi ubranych w stroje robocze, a ja ze zdziwienia prawie zderzyłam się z betoniarką. Postanowiłam się rozejrzeć, może o czymś zapomniałam, może wypadło mi z głowy, że planowany jest remont. Natknęłam się na moją mamę, obładowaną ogromnymi pluszakami, które sama uszyła na przedstawienie swojego kółka teatralnego. Krokodyla ściskała pod pachą, części kończyn jakichś bliżej nieokreślonych zwierząt wystawały z reaklamówek. Mama widząc mnie wcisnęła mi ogromnego wieloryba, którego od razu nie zauważyłam, gdyż ukrył się w korytarzu i poprosiła bym pomogła jej to donieść do szkoły. Wzięłam go i udałam się z nią pod górę. W oddali zobaczyłam tego, w którego pokoju przed chwilą byłam, speszyłam się strasznie, próbowałam ukryć się za maskotką. Jednak zamiast ukryć się, zlać się z nią chwyciłam za płetwę a wieloryb unosząc się w powietrzu ciągnął mnie za sobą, naśladując pływanie w morskich przestworzach.
    Przeskok. Jestem na polanie- wszystko jest odległe, złamana perspektywa- żaden kierunek nie jest osiągalny, kręci mi się w głowie. Wiem, że muszę coś komuś powiedzieć, ale nie wiem gdzie szukać. Słowa są ciężkie, grzęzną we mnie, zaczynam osuwać się pozboczu perspektywicznego chaosu. Otwieram oczy i jestem nie w tym miejscu, choć do końca jeszcze nie widzę- chcę coś powiedzieć, ale to nie te słowa, albo nie ta osoba…
    Obudzić się można.

    Tyle o spaniu,albo śnieniu…
    Drzewa już zupełnie zzieleniały moim ulubionym odcieniem zielonego, soczystym, mocnym, żywym, świeżym, jakby zroszonym rosą. Niebo w mieście nie jest chyba w stanie osiągnąć barwy, którą ubóstwiam, ale brakiem chmur mi tę bezbarwność wynagradza. W powietrzu z trudem cokolwiek się unosi, gdyż zawisła w nim duchota, która nie sprzyja uniesieniu, raczej lenistwu i opadaniu na kocyk.
    W tym całym otoczeniu, choć widzianym z okna, jestem sobie ja. Wyłączona. Przepalił mi się cały system myślący. Uciekam w siebie. A tak naprawdę chciałabym uciec od wszystkiego – zniknąć z mieszkania, bezpowrotnie, bez śladu.. zostawić wszystko za sobą. Zawsze wydawało mi się, że to takie proste- zostawić wszystko, wyjść, że potrzeba do tego jedynie odwagi, determinacji- nie pomyślałam nigdy, że pod wyrazem wszystko- mieszczą się jeszcze ludzie…
    Zostawię tak jak jest- wszystko- zapomniałam co chciałam jeszcze napisać…


    • RSS