substytutowo blog

    Twój nowy blog

    Wpisy z okresu: 4.2011

    Hormonolandia

    Brak komentarzy

    Czasami mam wrażenie, że nie jestem ciałem złożonym z czegoś więcej poza hormonami- które są alter ego chochlików (albo chochliki są alter ego hormonów). Ogólnie wolę myśleć, że mój mózg został opanowany przez chochliki. Wyobrażać sobie:
    -jak coś tam przestawiają w szarych komórkach,
    -jak mieszają w wielkim kotle substancje, które łączyć się ze sobą nie powinny;
    -jak wyrzucają rzeczy z jednych szufladek, by do drugich włożyć coś co tam się akurat nie pomieści;
    -jak tarasują drogę przepływającym neuronom- i mylą mi od tego wyrazy w ustach (z gumy do żucia robiąc żumę do gucia czy z szani tłejn – tanię szłejn),
    -jak kopią w polu pamięci zasysając wszystkie informacje do jądra, pod skorupę pamięci ziemi, utrudniając mojej osobie – skutecznie – dostęp do wiedzy, wspomnień i tym podobnych- przez to sprawiając, że czuję się jakby dopadła mnie starcza demencja.

    Chochliki szalejące, skaczące po poduszkach mózgu – zaburzające pracę błędnika i kontrolę nad ruchami; chochliki wwiercające się w ścianę broniącą funkcji opanowania i rozsądku- powodując zadziwiająco błyskotliwy potok słów złośliwych i agresywnych…

    Tak zdecydowanie wolę myśleć, że to chochliki niż zwykła chemia. Znacznie łatwiej mówić sobie, że zapanowanie nad chochlikami jest poza ludzką mocą…

    W końcu po 2 miesięcznych namowach mojej rodzinki, uległam i sięgnęłam po „Pojedynek z Syberią” Romualda Koperskiego. I od piątku jeżdżę sobie z  Romualdem po tej dzikiej, bezkresnej, przestrzennej krainie, nie mogąc się oderwać- przynajmniej świadomie, bo „a gdy mnie sen zmorzy..” to już nic nie poradzę, że mi książka sama z dłoni się wyrywa…
    Odchodząc od samej Syberii, która w zasadzie,by przyprawić mnie o dreszcze nie musi być nawet opisywana, wystarczy samo brzemienie tego słowa syczące – to co mnie urzekło to pióro autora. Wszystkie opisy są lekkie, proste, niewyszukane, niewymuszone – po prostu swojskie.Nie muszę się zastanawiać, tak jak w przypadku czytania Cejrowskiego, czy ktoś mnie tutaj bałamuci, czaruje. Koperski  nie musi rzucać błyskotliwymi porównaniami, co drugi akapit; nie musi tworzyć tłumaczki, by sprawić, że to co czytamy wyda nam się atrakcyjniesze. Lubię Cejrowskiego, jego styl pisania bardzo mi odpowiada, tak samo z resztą, jak i styl opowiadania (Oczywiście jeśli opowieść nie wiąże się z jego poglądami, o których pisać nie będę, bo na samą myśl włos się jeży, a krew żyły zatyka.), jednak to Koperskiego język pokochałam. Być może wpływa na to oczarowanie również skromność Koperskiego i brak zadufania w sobie. Dużo łatwiej wczuwa się w opisywaną przygodę, gdy sam podróżujący jest pełen obaw, lęku, często wątpliwości czy się uda czy nie; kiedy sam sobie wypomina po co mu to było, gdy po prostu autor okazuje się ludzki. Nigdy, czytając Cejrowskiego nie czułam takiej z nim więzi, przeżywałam to, co opisywał, ale zawsze z pewnym dystansem, bo nawet gdy stawał oko w oko ze śmiercią- to okazywał się pajacem.
    Za Koperskim się tęskni, za Cejrowskim niekoniecznie.

    Moje podróżowanie polega m.in. na jeżdżeniu busem do pracy i z. Dziś, gdy tak sobie jechałam – obudziły się we mnie nienazwalne tęsknoty. Z nosem wlepionym w szybę, głową pełną dziwnego uczucia ni to smutku ni radości, podziwiałam roztaczające się przede mną widoki. Mijaliśmy już pozieleniałe pola (ta zieleń jest ciągle taka brudnawa, wymieszana z ziemią- w końcu to północ), szare  lasy, gdyż słońce nie zdążyło jeszcze ocieplić ich barwy swym światłem, mini elektrownię, która cudnie wkomponowuje się w krajobraz; liczne domki z zagraconymi podwórkami- najwyraźniej nie wszyscy przejmują się wiosennymi porządkami i zaspane niebo, wraz z ludźmi ziewającymi na przystankach. I tak mnie zjeżyło, dotknęło w środku- jakby ktoś mi pomacał wątrobę, śledzionę, nerki a serce to ścisnął normalnie. I żal mi tyłek ścisnął, że praca wiąże, niesamowicie wiąże, daje kasę- co się teraz wolnością nazywa- ale zatyka nam pory w ciele. I moje spontaniczne pomysły nie mogą wypłynąć, bo jak tylko próbują to je obowiązek zatyka. I chodzę sobie z czerwonymi nabrzmiałymi pryszczami- zanim przyjdzie lato- pokryje się trądem.

    I mam zimne dłonie- bo pokój pracowy mamy od niesłonecznej strony

    Wiedźma wróciła. Niestety Państwoemocjiśrodka się nie odnalazło- mieszkamy sobie w Państwieskrajnieirracjonalnychpomysłów. Mieszkam ja i moja chora psycha- wiedźma czyli. Nie mogłam zasnąć z zazdrości wczoraj,a jak ta zazdrość już znalazła ujście w działaniu i słowach to jad wyciekający z moich ust zalał sąsiadów, a nawet parter. Wstając rano wdepnęłam w kałużę pod łóżkiem o składzie: nie ufam, węszę podstęp, ciągle kłamiesz, ona się kładzie, jesteś tylko facetem- a facet nie panuje nad instynktami(bzudra,ale argument na położenie argumentów onego wystarczający).

    Lekcja wczorajsza w miarę udana- myślałam, że będzie gorzej. Zdaniem Mojego Najwspanialszego Pod Słońcem Nauczyciela (podlizuję się, bo wiem, że czyta- a karmelkiem też pluć umiem:)) dłonie pracują dość dobrze (głupia dwuznaczność- zupełnie jednoznaczna w praktyce), ale rytm zagubiłam. Cóż jak się wyprowadziło do W. gdzie jest głośno jak na pasie startowym to się trochę ogłuchło- czas zakupić stopery:). No i obiecuję poprawę- w ramach ślinotoku karmelowego

    Ponieważ ubrałam dziś nietrampki- musiałam założyć skarpetki rajstopowe (zwane w moich kręgach domowych antygwałtami- obojętnie jakiej są długości). I te skarpetki są krótkie jakieś, albo z gumką mają coś nie tak bardzo i jak siedzę to  je tak pięknie widać i moje blade nogi również, blade i futerkowe bom lenia mam- a z resztą wiedźma w gładkich nogach to nie wiedźma.

    Ku mojemu prawdziwiemu zaskoczeniu, miłemu z resztą, zmiana nadeszła. Wiele rzeczy wróciło do normy, czyli można powiedzieć, że inna odeszła wróciła stara- nowa jednocześnie. Szkoda, że oprócz pozytywnych rzeczy wróciły te niszczące: zazdrość, podejrzliwość itp. Żałuję, że jeszcze nie znalazłam Państwaemocjiśrodka. Choć staram się nie wariować, większość głupich myśli szpiegujących i węszących wszędzie podstęp odganiać; zwalać wszystko na szalejące hormony, bo wiosna, bo żeńska ma płeć- to ciężko jest. Więc walczmy z wrogiem- ja walczmy z wrogiem mną.

    ps. Pasjonat się odezwał wczoraj w piękny dzień wiosenny – basik będzie za 2 dni, ale zobaczę go dopiero jak wrócę do dziwnego czasem jak ja miasta (parafrazując Bajm -moja siostra rzekła by fuuuuuj!)- czyli za ok. 2 tyg., ale jest w końcu. A dziś mam lekcję, po bardzo długiej przerwie. Cwiczmy dłonie:) 

    A poniżej link do „Lokomotywy” Juliana Tuwima w wykonakiu Lilu z płyty ”Poeci”- bardzo zmysłowa interpretacja- bosko

    http://w228.wrzuta.pl/audio/75svtdEIsXd/02-lilu-lokomotywa

    Wszystko dzieje się od kiedyś. Ostatnio słyszę prawie codziennie pytanie, a raczej zarzut, że jestem inna. i że ten ktoś nie lubi mnie takiej, bo chce mnie taką jaką byłam wcześniej. Bo byłam milsza, cieplejsza, bardziej zaangażowana. A teraz jak krytykuję to niemiło: A jak – się pytam – mam to robić? Pytałam czy mogę krytykować w ten sam sposób jak osoba mnie krytykuje. Osoba się zgodziła, a teraz jej się nie podoba.
    Jestem mniej miła. Staram się by było jak dawniej, ale nie pamiętam jak było. Bardzo się staram, tyle, że niektórych rzeczy się nie da tak samym staraniem zrobić. NIE mam ochoty, NIE umiem się odnaleźć, NIE wiem czego chce.
    I ten zarzut tak rośnie w mojej głowie. Ciekawe czy znam odpowiedź czy nie chcę znać.

    Wracjąc do pana pasjonującego- dzwoniłam wczoraj, po 10 dniach od ostatniego telefonu, więc do natrętnych klientów nie należę- pana nie była, kolega miał mu przekazać- a raczej powiedział, że przekaże, i że ów pasjonat zadzwonić powinien do mnie dziś rano- nie zadzwonił, a ja zastanawiam się czy po 13 to ciągle rano?

    Jeszcze dziś się dowiedziałam, że za mało dynamicznie się poruszam wchodząc do tramwaju. A argument, że nie widzę sensu się pchać, skoro i tak stoimy, a ja nie mam zamiaru popychać ludzi i się przepychać, bo mi nie zależy na staniu w jakimś konkretnym miejscu- nie działają. Bo walka o miejsce to walka o życie.

    Minęły prawie 4 godziny od poprzedniego wpisu.
    I już dodupność zaczyna się przeistaczać w euforię niekontrolowaną i niespokojną z deczka. Strach się bać co się wykluje z kokonu wieczorem.
    W każdym razie wadozalety: 1)dzwonił telefon!!! okazało się jednak, że to nie pan z Pasji (sklep muzyczny), który tym swoim niedzwonieniem doprowadza mnie do pasji zaiste- tylko mój kolega spotkany przypadkowo w jednym z dyskontów po latach 6- obłęd.
    Aaaa i jestem już na etapie myślenia, co zjem dziś na obiadokolację. Mmm rybne pomysły w głowie, plus szpinakowopomidorowośmietanowe zabarwienia. Brrr burczy mi w brzuchu jak cholera.

    (niecała godzina później) obleciał mnie strach i wielki smutek, że ja sobie tego basu nigdy nie kupię…

    Dodupność

    Brak komentarzy

    Seria fatalna dni nastąpiła- dni dodupnych. Dziś pracuję z ludźmi uff, choć czuję się słabo, alakacowo albo dodupnie właśnie.
    Minusy dziś (a jest dopiero 11):
    -zaspanie: a) na badanie krwi, b) do pracy
    -konsekwencje zaspania- a)mam za dużo jadu, bo krwi mi nie upuszczono, b)spóźniłam się do pracy, a niepunktualność to wada wielka i cnota króli- a jak królem, ba nawet królową nie jestem
     -dostało się onemu, że odkąd się wprowadziłam do niego to: a)rano nie mogę wstać, b)za dużo śpię, c) jestem niezorganizowana, d)ciągle choruję
    -Tak na pewno temu wszystkiemu jest winny on! -ABCD!
    I jeszcze to cholerne miasto- mamtaksamojaktymiastomoje- NIEMOJE! nie cierpię!
    Zalety:
    a)płyta velvet underground- z Nico – piękna, piękna, piękna!!! w stanach dodupności coś zachwycić może, nie jak w bezpłciowym pustaku, czy miejscowstrzymywaczu. Nieźle!?

    Wszystko stoi w miejscu. Już 3 dzień pracuję z domu, gdyż wirus mnie dopadł jakiś i trzyma. Piszę jakiś, bo raczej nie odwiedzę nazywającegokonkretnie wirusy i bakterie, bo moja sytuacja, w tym ciągle obcym mieście, sytuacja wizytowa jest nieokreślona jeszcze. A bez potrzebnych papierków i z cienkim portfelem trudno coś załatwić, więc męczę się pracując niewygodnie, niewidując ludzi, innych niż zwykle, nie oddychając powietrzem na zewnątrz będącym – narzekam sobie o tutaj.
    Poza wirusem czekanie mnie trzyma, czekanie na telefon, że coś przyszło i mogę to zobaczyć, i czekam już drugi tydzień. Przypomniałam o sobie nawet. Pan pamięta. Ale nie wiem czy już czasem nie zapomniał. Mogłabym zakupić inne wymarzone sprzęcisko, ale chcę zobaczyć to akurat. Mogłabym też dzwonić codziennie i się upewniać, że nie zapomniał. Ale jakaś niemoc mnie dopadła, i strach, że już palce zesztywniały i czy sprzęt zakupię teraz czy później nie ma znaczenia, bo już grać nie umiem. Więc po co mi sprzęt? Może nie powinnam już gonić, choć wszystko ruszyłam? Może już powinnam się zatrzymać i skupić się na czymś ważniejszym? Na pracy chociażby?
    I tak w tym wszystkim myślę sobie, że niezły ze mnie Miejscowstrzymywacz – więc w miejsu stoję.

    Dziś jest dzień pustaka.
    Jest pusto, nic się nie dzieje. Pustak w czaszce. Muzyka jedynie tłem. Nic nie porusza, choć skoro pustak, to jakieś echo powinno być jak się zapuka.
    I ten pustak ani boli, ani krwawi, ani swędzi, ani drażni, ani śmieszy.
    Nie zadowala pustak. Bezpłciowy taki. Ot i tyle!!!

    Od przeszło miesiąca czytam jedną książkę. To bardzo długo, zwłaszcza, że książka do grubych nie należy. Czytam ją tak długo, bo jakoś ta książka mnie przerasta. Sama nie wiem dlaczego, bo ani nie jest klasycznieciężka, ani, moim zdaniem, nie zawiera filozoficznietrudnegoprzesłania- a jednak czytam ją opornie przeciskając się przez strony. Nawet kartki są jakieś ciężkie, druk, moje palce nie dają rady tego unieść, moje powieki nie są w stanie nie ugiąć się pod czernią liter. Zwyczajnie po 3 stronach, albo rzucam ją na stół albo przechodzę w fazę marzeń sennych.

    A te marzenia senne- pod wpływem tej książki, inaczej być nie może- rozgrywają się zazwyczaj w autobusie, nawet podczas tych nocy, które następują po dniach, gdzie książka nie zawitała w moich dłoniach.

    Rozwiążmy tę całą enigmę- tytuł książki Nowe życie autor Pamuk, Orhan Pamuk. Sięgnęłam po nią- a bo wcześniejsze jego utwory (Śnieg, Nazywam się Czerwień) mnie urzekły, a zimno było, więc myślę sobie pojadę do Turcji, choćby i tam śnieżyło, to skojarzenia z Turcją mam jednoznaczne- ciepło, gorąco, a nawet parzy.I … no nie jest tak, że się rozczarowałam, ale nie mogę się od tej książki uwolnić- tzn. dokończyć jej- a jest ona niepokojąca, niezrozumiała, a z drugiej strony przekazuje emocje, które są mi strasznie bliskie, jakby moje. W pewnym sensie mam wrażenie, że Pamuk musiał ją pisać będąc w moim wieku, jakże się zdziwiłam kiedy sprawdzając, czy się nie mylę okazało się- iż miał ponad 40- jak to?!

    Ogólnie powieść ta mówi o książce, która wpływa na życie głównego bohatera, i nie tylko, że zmienia je zupełnie- ów nieszczęśnik pod jej wpływem wyrusza szukać nowego życia. Wyrusza, i bynajmniej nie porusza się pieszo tylko autobusem właśnie. I ja razem z nim co noc prawie, jakimś autobusem jadę, może nie przez całą fazę REM zwaną, ale przynajmniej jeden jej przystanek. I spotykam tam różnych ludzi z mojego życia, czasem się przed nimi ukrywam, czasem przed kimś uciekam, czasem kogoś szukam, a dziś z kimś jechałam. I bałam się, że on o czymś się dowie, że dowie się, że podjęłam decyzję, że już nie będę z nim jeźdźić autobusem- i bałam się, że jak mu nie powiem to prędzej czy później i tak zobaczy, że jeżdżę już z kimś innym.Ta osoba mi się często śni.Zwłaszcza kiedy zmniejsza się ilość myślenia o niej, a dzieje się tak z dnia na dzień. Najwyraźniej zamieszkała w meandrach mojej podświadomości, zobaczymy na jak długo…


    • RSS